Wysokińska karierę klubową rozpoczynała w Jeleniej Górze, następnie grała między innymi w Gliwicach i Szczecinie. W 2009 roku przeniosła się do Lublina, gdzie z SPR-em w 2010 roku świętowała mistrzostwo Polski. Po trzech latach spędzonych na Lubelszczyźnie wyjechała do Niemiec, skąd w 2015 roku zmieniła otoczenie na Turcję. Nieoczekiwanie klub Yenimahalle Belediyesi SK będzie prawdopodobnie ostatnim zespołem w karierze bramkarki, bowiem Wysokińska zdecydowała się zawiesić karierę.

- Nie kończę z grą dlatego, że nie było ofert, bo tych pojawiło się zaskakująco dużo. Po prostu wypaliłam się. Od 16 lat nie robiłam nic innego, tylko grałam w piłkę ręczną. Jeżeli sportowiec w pewnym momencie nabawi się poważnej kontuzji, to w pierwszej chwili przeżywa dramat, ale ma czas, aby zatęsknić do sportu i robi wszystko, żeby wrócić. Ja nie miałam takich urazów, tylko non stop trenowałam i grałam. Cały czas robiłam to, co kochałam. W pewnym momencie przyszło znużenie, miałam dość. W grudniu pierwszy raz poważnie pomyślałam o tym, że czas kończyć. Co śmieszne, im częściej do tego wracałam, tym bardziej ten plan mi się podobał. W karierze piłkarki ręcznej osiągnęłam sporo i potrzebuję nowych wyzwań - mówi Wysokińska.

- Przed jednym z meczów Michała (męża Wysokińskiej, też piłkarza ręcznego - przyp. red.) usiadłam na trybunie i oglądałam spotkanie piątej ligi kobiet. Pomyślałam wówczas, że ja tak nie chcę kończyć. Oczywiście trzeba oddać szacunek tym paniom, że znalazły czas, siły, a przede wszystkim chęci na to, ale ja nie potrafię. Jeżeli w przyszłości wróciłaby ochota na grę, wtedy się zastanowię. Dlatego zostawiam sobie taką furtkę - zaznacza "Czajna".

Wysokińska przez kilka lat była także bardzo ważną częścią reprezentacji Polski. Regularnie powoływana do kadry przez Kima Rasmussena brała udział w dwóch mundialach, z których Polki wracały w glorii czwartego zespołu świata. Na mistrzostwa Europy do Szwecji w grudniu 2016 roku już nie pojechała...

- Do tej pory nie dowiedziałam się oficjalnie, że nie będę brana pod uwagę. Nie byłoby najgorzej, jakby selekcjoner zadzwonił i powiedział wprost: "słuchaj, nie widzę dla ciebie miejsca w drużynie, nie pasujesz do mojej koncepcji". Ja dowiedziałam się o tym ze strony zprp.pl przy okazji powołań. Szkoda, że zrobiono to w ten sposób. Tym bardziej jest to dziwne, że jak trenerowi było coś potrzebne, to wiedział, jaki jest mój numer telefonu. Nie boli, że mnie tam nie ma, ale to, w jaki sposób się to odbyło - twierdzi Wysokińska w wywiadzie dla eurosport.onet.pl.