Lekceważenie Kownackiego było niezrozumiałe, odbieranie mu szans niestosowne, bo miał przecież swoje argumenty, które pokazał już wcześniej, przed walką ze Szpilką. Byłem w ubiegłym roku w Barclays Center na Brooklynie, gdy metodycznie rozbijał zbudowanego jak gladiator Danny’ego Kelly i zrobił na mnie naprawdę niezłe wrażenie.

 

Pamiętam też podróż z Warszawy do Łomnicy, którą odbyliśmy wspólnie z Kownackim i Mateuszem Borkiem. Wiedział, że 15 lipca zmierzy się ze Szpilką, podpisał właśnie kontrakt. Przyleciał  z Nowego Jorku pomóc Tomaszowi Adamkowi w przygotowaniach do walki z Australijczykiem Solomonem Haumono, ale już wtedy był przekonany, że wygra ze Szpilką.

 

Tego samego dnia odbył jeszcze ciężki trening, choć słaniał się na nogach. Ważył wtedy 122,5 kg, zdecydowanie zbyt dużo, miał tego świadomość więc poddał się diecie zaordynowanej mu przez dr Jakuba Chyckiego. Była skuteczna, na oficjalną wagę, dzień przed walką w Nassau Coliseum wniósł poniżej 110 kg.

 

Adamek, co warto podkreślić, bardzo chwalił sparingi z Kownackim, podkreślał, że Adam ma ciężkie ręce i zadaje dużo ciosów. Co więcej mówił mi, że nie skreśla go w starciu ze Szpilką, z którym sam przegrał podczas pamiętnej PBN w Krakowie, w 2014 roku.

 

Na początku zgrupowania w Osadzie Śnieżka, gdy pytano mnie jak ja oceniam szanse Kownackiego mówiłem, że nie będzie faworytem, ale jak trafi czysto, to wszystko możliwe. I nie zmieniłem zdania do końca, uważałem, że „Babyface” wcale nie stoi na straconej pozycji. Owszem faworytem był „Szpila”, ale faworyci nie zawsze wygrywają. Szczególnie jeśli wracają po tak długiej przerwie i po tak ciężkim nokaucie, jak ten który  zafundował mu w styczniu ubiegłego roku Deontay Wilder.

 

Niewiadomych było jednak kilka, ale najważniejsza to ta, jakie ślady zostawił on w psychice Szpilki, który w dodatku sam nałożył na siebie dużą presję twierdząc, że Kownacki to nie jest jego poziom i w jego mieście sprawi mu solidne lanie.

 

Porażki, zarówno on, jak i nikt z jego otoczenia nie brał pod uwagę. Być może dlatego popełnił w tej walce tyle kardynalnych błędów. Myślę, że gdyby miał w narożniku Fiodora Łapina i walczył tak jak z Adamkiem, miałby duże szanse na zwycięstwo. Kownacki dopiero w ostatniej fazie przygotowań uczył się w przyśpieszonym tempie walki z mańkutem, ale pokazał, że jest pojętnym uczniem. I tego się chyba Szpilka nie spodziewał, tym bardziej więc trudno zrozumieć dlaczego opuszczał ręce i niepotrzebnie kozaczył.  

 

Ta porażka, jest dla niego jak trzęsienie ziemi. Wiele stracił, takie są fakty. Zachował się jednak z godnością, przyznał, że był słabszy, pogratulował Kownackiemu. Ale ból wypisany na twarzy mówił wszystko, jego Ego ucierpiało straszliwie.

 

Co dalej? On sam jeszcze nie wie, ale chyba, i tu zgadzam się z Mateuszem Borkiem, czas poszukać innego trenera. Takiego, który rozpali w nim nowy ogień, ale będzie też potrafił wymusić dyscyplinę taktyczną, bez której Szpilka nie ma czego szukać w czołówce wagi ciężkiej. Wciąż jest jednak młody i nie można go przekreślać. Pytanie tylko, czy jest jeszcze głodny boksu, czy lanie, jakie mu sprawił Kownacki, nie zniechęci go całkowicie. Ale myślę, że się podniesie i spróbuje raz jeszcze.

 

W zupełnie innej sytuacji jest zwycięzca. Adam Kownacki zrobił to co obiecał i w co wierzyli tylko nieliczni, znokautował faworyta. A przecież jeszcze nie tak dawno pracę na budowie łączył z boksem. Dziś jest w innym miejscu, wskoczył na wyższą półkę, co oczywiście nie oznacza, że jest już gotów, by stanąć do walk z najlepszymi. Nie wiem nawet, czy kiedykolwiek będzie bił się o mistrzostwo świata, choć mam nadzieję, że zrobi wszystko, by tak się stało. Tym bardziej, że każda kolejna wygrana zwiększy liczbę jego wiernych kibiców, a to też istotny argument przetargowy w tym biznesie.