Bradley w przyszłym miesiącu skończy 34 lata, więc można powiedzieć, że jest w sile wieku. Przegrał tylko dwie walki w karierze, obie z Mannym Pacquiao z którym bił się trzykrotnie. Ich pierwszy pojedynek, w 2012 roku zakończył się sędziowskim skandalem, którzy podarowali mu niezasłużone zwycięstwo, ale ciężko go za to winić. Zresztą on nigdy, żadnych decyzji nie podważał.


Mistrzowskie tytuły w dwóch kategoriach wagowych (superlekka i półśrednia) potwierdzają, że był kimś. Jego walki i postawa w nich również. Toczył wielkie boje z takimi znakomitościami Pacquiao, Juan Manuel Marquez, Joel Casamayor, że wymienię tylko tych najlepszych, wygrywał też z solidnymi mistrzami, takimi jak John Witter, Devon Alexander, Nate Campbell, Kendall Holt, czy Lamont Peterson.


Nie miał imponujących warunków fizycznych (168 cm wzrostu), ale charakter do walki wielki. Jeśli ktoś ma wątpliwości, to powinien raz jeszcze obejrzeć (jeśli nie widział) pojedynek z Rosjaninem Rusłanem Prowodnikowem z 2013 roku. Stawką był należący do niego pas WBO w wadze półśredniej, zdobyty w pierwszym pojedynku z Pacquiao. Obaj solidarnie wyciągnęli najcięższe działa, to była pełna dramatycznych zwrotów akcji ringowa wojna, którą minimalnie wygrał Bradley.


Ale zapłacił wysoką cenę. Właśnie po tej walce zaczęły się kłopoty. Jeszcze długo po niej miał problemy z mową, jak to sam określił, trochę bełkotał. I chyba zrozumiał, choć nie od razu, że to nie przelewki.


Po wygranej z Prowodnikowem przyszły przecież najbardziej kasowe pojedynki. Oblicza się, że jego walki pozwoliły sprzedać 2,5 mln przyłączy w systemie pay per view. Wciąż też, mimo ostatniej porażki z „Pacmanem”, należał do elity tej dyscypliny, ale kłopoty zdrowotne widać były poważniejsze niż sądzono.


Mimo wszystko informacja, że kończy karierę była zaskoczeniem. Spodziewano się, że jeszcze kilka razy wyjdzie do ringu. Top Rank planowała jego walkę z Jose Ramirezem, olimpijczykiem z Londynu, a  tak ostatnim pojedynkiem, który stoczył będzie ten trzeci z Pacquiao, z kwietnia ubiegłego roku.


Chyba, że wróci, co w świecie boksu jest czymś normalnym. Pięściarze żegnają się z ringiem wielokrotnie, ale nie potrafią wytrwać w postanowieniu. Znacznie łatwiej wymienić tych, którzy byli konsekwentni, niż tych którzy wracali. Tych pierwszych jest po prostu znacznie mniej.


Do jakiej grupy zaliczymy Timothy Bradleya pokaże przyszłość, ale chyba należy do tych, którzy nie rzucają słów na wiatr. Swoje zarobił, teraz sprawdza się w roli eksperta pracując dla stacji telewizyjnej ESPN. A to co najlepsze w boksie i tak chyba już miał za sobą.