Szkoleniem zajmuje się też jego żona Katarzyna, a dzieci: Łukasz, Arkadiusz i Sandra grają w igrzyskach. W ich przypadku śmiało można powiedzieć, że ta dyscyplina to rodzinny sport. Pływaniem zwrotnym kajakiem i rzucaniem piłką do bramki zajmuje się cała piątka.

- Ja do polo trafiłem z płaskich kajaków. Po drodze były jeszcze maratony kajakowe, ale jak już złapałem bakcyla kajak polo, to mnie zupełnie pochłonęło. W sumie w sporcie siedzę od 1982 roku. Uważam, że to coś najpiękniejszego, co może się zdarzyć człowiekowi – jest adrenalina, ciężka praca, ale też relaks i radość – powiedział Dariusz Pilarz.

Cała rodzina związana jest z UKS Set Kaniów. Klub z gminy Bestwina w województwie śląskim znany jest nie tylko w Polsce w tym światku, ale również w kajak polo europejskim. Włodarze UKS działają na tyle prężnie, że udało się im zorganizować kilka imprez z udziałem największych gwiazd.

Szkoleniowiec przyznał, że nawet nie spostrzegł, kiedy „piłka ręczna w kajakach” zawładnęła całą jego rodziną, w tym dziećmi. Jak zaznaczył, wynikło to samo z siebie.

- Prowadziłem treningi, a mały szkrab, czyli mój syn Łukasz, siedział i oglądał. Pewnego dnia oznajmił: „tato, ja też chcę popływać w kajaku”. I okazało się, że idzie mu bardzo dobrze. Słuchał i to zostało mu w głowie – wspomniał.

Pilarz zapewnił, że nigdy żadnego ze swoich dzieci nie namawiał, aby weszło do kajaka. Podobnie czyni z innymi podopiecznymi, których szkoli w klubie i nigdy nie wywiera presji, nawet jeżeli widzi wielki talent.

- To musi przyjść samo. Zdarza się, że ktoś zaczyna u nas trenować, później odchodzi, aby spróbować czegoś innego i po pewnym czasie wraca, bo tu mu się najbardziej podobało. Wiem wtedy, że będzie trenował, bo chce, a nie dlatego, że go ktoś zmusza – wyjaśnił.

Kajak polo nie jest łatwą dyscypliną do uprawiania. Poza tym, że potrzebna jest siła, aby szybko oraz mocno wiosłować i przemieszczać się kajakiem po kąpielisku, to jeszcze trzeba być spostrzegawczym, mieć refleks, orientację i do tego zachować stabilność z piłką w ręku. Pilarz uważa, że w takim wypadku trener-rodzic jest dodatkowym utrudnieniem.

- Wiem, że czują większe obciążenie i przyznam się szczerze, że wolałbym, aby trenował je ktoś inny. Inni stawiają większe wymagania i nie jest im łatwo. Jestem jednak z nich dumny, bo walczą na maksa – skomentował.

Przez to, że cała rodzina zaangażowana jest w kajak polo, dom zamienia się czasami w ośrodek treningowy. Pilarz wyjawił, że nie raz i nie dwa nocowały u niego zespoły, a sam często robi za kierowcę dowożącego dzieciaki na treningi.

- Zbieram po drodze i czasami jest ich tyle, że jak by mnie policja zatrzymała, to miałbym kłopot. Człowiek jednak robi wszystko, aby pomagać. Sport jest czymś wspaniałym dla dzieciaków, bo wpływa na cały ich rozwój – podkreślił.

Naciskany pytaniami przyznał, że miał już momenty, kiedy chciał to szkolenie porzucić. - Trzeba się mierzyć z wieloma trudnościami, bo to nie jest tani sport. Na ogół po sezonie mam ciężkie chwile i ochotę to rzucić w kąt. Ale największa siła przychodzi wtedy od dzieci. Mówią +chodź, idziemy dalej trenować i walczyć+. Młodzież może dać dużo siły – podkreślił.

Pilarz zdaje sobie sprawę, że w pewnym momencie będzie jednak musiał powiedzieć dość. O przyszłość kajak polo w swojej rodzinie jest jednak spokojny i wie, że będzie to temat jeszcze na długie lata rozmów.

- Cieszę się, że dzieci chcą to robić i kiedyś zastąpią mnie w pracy trenerskiej. Synowie już porobili stosowne szkolenia. Będą lepszymi trenerami niż ja – podsumował.