W Gniewinie akurat padał deszcz. Co za pech - pomyślałyśmy, zwłaszcza, że za chwilę miał się rozpocząć nasz trening. Nasz i piłkarzy Lechii Gdańsk. Ale przecież w deszczu nikt nie będzie biegał, więc nie spiesząc się w ogóle zamówiłyśmy z Karoliną kawę i zaczęłyśmy narzekać na czarne chmury nad nami. Nagle usłyszałyśmy odgłos gwizdka i zniecierpliwiony głos trenera Piotra Nowaka: - Na trening marsz!

 

I się zaczęło. Deszcz czy nie deszcz, trzeba biec. Karolina próbowała trochę się targować, że niby włosy jej zmokną i oko się rozmaże, ale te argumenty zostały "zbite" niezbyt twarzową białą czapką z daszkiem. Dlatego lekko zdziwione popędziłyśmy ile sił w nogach na boisko, gdzie Biało-Zieloni kończyli już kolejne okrążenie truchtu. Potem rozciąganie na trawie, skoki przez płotki, wymachy czym się da i ćwiczenia z piłką.

 

Co tu dużo mówić, nie szło nam. A ja na dodatek przez mój niebieskie strój, czułam się lis w kurniku, z tą różnicą, że kurą byłam tylko ja. Dlatego jako najsłabsze ogniwa drużyny szybko zostałyśmy wezwane na zielony dywanik i indywidualny trening z Nowakiem. Tak się robi, kiedy piłkarz odstaje od grupy, zalicza kilka karniaków i po nich nie w głowie mu obijanie się. Z nami było podobnie.

 

Nowak był odporny na nasze babskie sztuczki i bardzo cierpliwy. Do tego stopnia, że nawet doczekał się kilku pięknych goli. Strzelanie do bramki szło lepiej Karolinie, jej lewa noga okazała się zdecydowanie bardziej sensowna od prawej. Trener powiedział nawet, że będą z niej ludzie, do mnie jedynie bym na przyszłość nie wchodziła na boisko Lechii niebieska. Ale z drugiej strony lepiej być niebieskim niż zielonym, w tym co się robi rzecz jasna. My po dwóch godzinach ostrego treningu miałyśmy na sobie jeszcze inną barwę. Bardzo buraczaną.