Ta lista ostatnio jest dość długa. Juan Manuel Marquez, Timothy Bradley, Władimir Kliczko, teraz „Słodki” Mosley żegna się z ringiem. A za chwilę do tego grona dołączą (jeśli wierzyć ich zapowiedziom)  Floyd Mayweather Jr i Miguel Cotto. Każdy z nich był wielki, każdy tworzył historię i na swój sposób był wyjątkowy.

Komentowałem sporo walk Mosley’a, tą pierwszą z Oscarem De La Hoyą również, ze studia w Warszawie, choć wykupione stanowisko w Staples Center w Los Angeles czekało. Jak to zwykle u nas zadecydowały względy oszczędnościowe, a później ktoś zapomniał odwołać rezerwację.

Walka była niesamowita, więc frajda z relacjonowania takiego widowiska ogromna. Mosley był wcześniej jednym z największych czempionów wagi lekkiej, kończył panowanie w tej kategorii niepokonany z bilansem 32-0, 30 KO.

I śmiało poszedł więc dwie wagi wyżej szukając wyzwań. Stoczył w kategorii półśredniej dwa pojedynku na przetarcie szybko nokautując rywali  i zmierzył się z Oscarem De Hoyą, którego w 1984 roku pokonał. Mieli wtedy po kilkanaście lat, dopiero zaczynali przygodę z boksem i walczyli w wadze papierowej. Mosley  później był trzykrotnym mistrzem USA, ale dwukrotnie przegrywał wewnętrzne kwalifikacje olimpijskie. Do Seulu (1988) nie pojechał, gdyż pokonał go Richard Armstrong, no ale wtedy miał zaledwie 17 lat.

W Barcelonie (1992) też go zabrakło. De La Hoya zdobył tam złoty medal w wadze lekkiej (60 kg), jedyny dla USA w bokserskim turnieju. Mosley rywalizował  o miejsce w olimpijskiej ekipie z  Vernonem Forrestem w wadze lekkopółśredniej (63,5 kg) i w półfinale został uznany za pokonanego. Forresta rok wcześniej zobaczyłem w Sydney, gdzie rozgrywano mistrzostwa świata amatorów. Niezłą szkołę boksu dał mu tam Kostia Czju, reprezentujący wtedy ZSRR. Vernon miał 19 lat, znakomite warunki fizyczne i cwaniactwo wypisane na twarzy. Na zawodowych ringach udowodnił Mosley’owi że umie z nim wygrywać i zrobił to dwukrotnie. Podobnie zresztą jak Ronald „Winky” Wright.

Tak już w sporcie jest, nie tylko w boksie, że są zawodnicy, którzy nawet tym najlepszym nie pasują. A tak właśnie było, gdy Mosley walczył z Forrestem czy Wrightem. Z kolei on  miał sposób na innych. Pokonał 11 byłych lub aktualnych mistrzów świata, w tym dwukrotnie De La Hoyę. Mam jednak spore wątpliwości, czy był lepszy w obu tych pojedynkach. „Złoty chłopak” bił się wspaniale, pierwszą walkę moim zdaniem w najgorszym wypadku zremisował, drugą wygrał.

Shane „Sugar” był słodki  gdy mówił o swoich rywalach, ale w ringu wielu z nich czuło w ustach smak goryczy. Bił mocno, a że był szybki i świetnie wyszkolony technicznie, najczęściej to on dyktował nieprzyjemne dla nich warunki. Nie unikał nikogo, bił się z największymi gwiazdami: Floydem Mayweatherem Jr, Mannym Pacquiao czy Miguelem Cotto,  z nimi jednak  przegrywał. Ale to już nie był jego czas. Przegrał też z Saulem Alvarezem i jedyny raz przed czasem, z Australijczykiem Anthonym Mundinem w Sydney, cztery lata temu. Nie wyszedł do siódmej rundy, twierdził, że ma problemy z kręgosłupem.

Ostatnią walkę stoczył 28 maja ubiegłego roku w Glendale (Arizona) z piętnaście lat młodszym, niepokonanym wtedy Rosjaninem Dawidem Awanesianem i przegrał na punkty. Stawką był pas interim WBA w wadze półśredniej. Chyba zrozumiał, że jego czas nieodwołalnie minął.
To jego trzecie pożegnanie z ringiem, mam nadzieję, że ostatnie.