Pracował pan wcześniej m.in. w Kanadzie, Chinach, Australii, Korei Południowej czy Iranie. Z Chińczykami wywalczył dwa złote medale olimpijskie. Jak pan odnalazł się po powrocie do ojczyzny i prowadząc polskich zawodników?

Nie było łatwo, miałem sporo problemów przede wszystkim z dyscypliną w grupie. Notoryczne było spóźnianie się na zbiórkę, zawodnikom zdarzało się nie wstać na badania krwi czy ważenie. W ogóle nie byli tym zainteresowani, a przecież mówimy o zawodnikach kadry narodowej. Mówili mi też, że nie chcą biegać na bieżni, że wolą iść do lasu. Wyjeżdżali na weekendy ze zgrupowania, nie informując mnie o tym. Takie zachowania są nie do przyjęcia. Wszyscy myślą, że ja jestem taki surowy, że twardą ręką prowadzę grupę. Ale jak ja zacząłem opowiadać prezesowi związku i zarządowi, to oni nie mogli uwierzyć. Tak po prostu musiało być wcześniej i zawodnicy na tym bazowali. Myśleli, że tak właśnie jest OK. Nawet kanadyjkarze z grupy młodzieżowej już są nasiąknięci takimi zachowaniami. Jest dużo do zmiany.

Skoro były medale na mistrzostwach świata, to chyba się udało znaleźć nić porozumienia?


Na samym początku naszej współpracy nie chciałem być jakimś zamordystą i byłem trochę za miękki. Oni cały czas badali, na ile mogą sobie pozwolić. A jak chciałem zrobić pewne zmiany, to było już trochę za późno, bo zbliżały się zawody. Mam nadzieję, że od nowego sezonu będziemy poważniej podchodzić do obowiązków. Poznaliśmy się lepiej, ja też wiem, co można im odpuścić, a kiedy śrubkę dokręcić. Dlatego liczę, że w przyszłym roku współpraca będzie wyglądać lepiej.

Jest pan trenerem, który chętnie słucha uwag swoich podopiecznych czy raczej nie ma miejsca na dyskusję?

Jeżeli trener jest w stanie doprowadzić zawodników do mistrzostwa olimpijskiego, to powinien być pewny siebie. Jakiekolwiek dyskusje z zawodnikami, którzy nie doszli jeszcze do takiego poziomu, uważam, że są nie na miejscu. Jeśli ci zawodnicy w przyszłości będą mistrzami olimpijskimi, to ja będę otwarty na rozmowy. Ale jeszcze nie teraz. Związek zrobił mnie osobą odpowiedzialną za przygotowania do igrzysk, więc niech mi pozwoli pracować. Były takie sytuacje, że zawodnik przychodzi do mnie trzy tygodnie przed mistrzostwami świata i mówi, że intensywność treningów i przygotowań jest zbyt wysoka i że potrzebny jest bardziej trening techniczny. Ja nie potrafię inaczej przygotować zawodnika. Gdyby do trenera Adama Nawałki przyszedł któryś z piłkarzy i powiedział mu, że powinien w taki, a nie inny sposób przygotowywać zespół, to pewnie nie byłby zadowolony z tego faktu. Ja mam nadzieję, że przyjdzie taki czas, że chłopacy w końcu się do mnie przekonają i w pełni mi zaufają.

Z wyników w tym sezonie jest pan zadowolony? Po raz pierwszy od wielu lat na mistrzostwach świata to kanadyjkarze ratowali honor polskiej reprezentacji, zdobywając trzy z czterech medali...

Ten sezon byłby bardziej udany, gdyby czwarte miejsca Tomka Kaczora oraz dwójki Tomasz Barniak - Wiktor Głazunow na 500 m zamienić na brązowe medale. Wówczas mógłbym powiedzieć, że czuję się usatysfakcjonowany. Krótko przed mistrzostwami świata naszą drużynę dopadł jednak wirus. Vincent Słomiński złapał grypę jelitową, a Głazunow po przedbiegu miał tak zapchany nos, że nie mógł oddychać. To miało wpływ na nasze wyniki. Uważam też, że nasza czwórka powinna wygrać w Racicach, a zajęła drugie miejsce. Po siedmiu miesiącach wspólnej pracy naprawdę ciężko jest wygrywać i zdobywać medale. Poprzedniemu trenerowi to się nie udało przez osiem lat...

W programie igrzysk olimpijskich w Tokio starty kanadyjkarzy zostały mocno okrojone. Będą rywalizować tylko w jedynce i dwójce na 1000 m. Co zmierza pan zrobić ze sprinterami, specjalistami od dystansu 200 m, który został skreślony?

Na pewno czeka ich trudne zadanie, ale będą musieli podjąć decyzję, czy są zainteresowani występem na igrzyskach. To wiąże się z zupełnie innym treningiem i przygotowaniami. W przeszłości Michał Śliwiński był znakomitym sprinterem, zwyciężał na 200 i 500 m, zdobywał medale na igrzyskach, a pod koniec swojej kariery zaczął wygrywać na dwójce z Marcinem Kobierskim na 1000 m. Czyli jest taka możliwość, a ja nikogo nie zamierzam skreślać. W tym roku ważne dla mnie było, aby jak najwięcej zawodników otrzymało stypendia, żeby mogli kontynuować karierę. Bo oni muszą się z czegoś utrzymywać. To się udało osiągnąć i siedmiu czy ośmiu zawodników uzyska takie wsparcie, więc możemy "jechać" dalej.