Piłka nożna

Jozak: Pewnego dnia będziecie wdzięczni...

Jesienią 2016 roku Jacek Magiera uratował Legię przed katastrofą - przed kompromitacją w Lidze Mistrzów i przed klęską w Ekstraklasie, która niechybnie groziła pod wodzą Besnika Hasiego. Magiera zrobił jesienią ubiegłego roku więcej, niż ktokolwiek się spodziewał. W gabinetach i na łamach mediów trwała bezwzględna walka między właścicielami. W tej walce posługiwano się wizerunkiem Legii, który został mocno nadwyrężony.

Wielkie mecze Legii Magiery przykryły wojenkę właścicieli

Symbolem złego zarządzania klubem był "przemarsz" chuliganów po trybunach Legii, aby zaatakować sektor kibiców Borussii Dortmund - na pierwszym meczu grupowym Ligi Mistrzów na polskiej ziemi po dwudziestu latach. Magiera przyszedł, zobaczył i... zwyciężył. Widać było, że piłkarze odetchnęli po Hasim. Symbolem upadku Legii miał być mecz z Realem Madryt przy Łazienkowskiej - przy pustych trybunach. Tymczasem puste trybuny nie przeszkodziły, aby stworzyć niezwykłe widowisko. 3:3 z Realem Madryt - triumfatorem Ligi Mistrzów - okazał się jednym z największych meczów w europejskich pucharach polskich drużyn w całej historii. Dopełnienie udanego początku Magiery w roli trenera przy Łazienkowskiej była wygrana ze Sportingiem na koniec rozgrywek grupowych Champions League, co zaowocowało awansem do Ligi Europy! Wszyscy zapomnieli o wojence między właścicielami, a zachwycali się emocjami, których dostarczali podopieczni Magiery. To było jego wielkie zwycięstwo na początek przygody z Legią.

Legia nie była skazana na tytuł, a jednak tytuł w 2017 roku zdobyła

Nagle fatalny klimat wokół Legii wyparował. Nagle okazało się, że mistrz Polski może się kojarzyć z niezwykłymi widowiskami w Lidze Mistrzów. Może 4:8 z Borussią Dortmund to nie był najfajniejszy mecz dla bramkarza i obrońców Legii, ale dla kibiców spektakl na cztery fajerki, który przeszedł do annałów Ligi Mistrzów jako spotkanie z największą liczbą bramek. Co więcej - Legia nie była skazana na tracenie mnóstwa bramek w każdym meczu w Europie, co pokazała rywalizacja ze Sportingiem, a także z Ajaksem - już w Lidze Europy (ostatecznie odpadła po 0:0 i 0:1). Wiosną Magiera robił swoje, choć właściciele przeprowadzali właśnie rozwód, w którym nie brakowało brutalnej walki za kulisami. Ostatecznie Legia zdobyła mistrzostwo Polski, choć brakowało błysku. Jednak w najważniejszych meczach potrafiła wygrać lub zremisować. Dwa razy pokonany został Lech Poznań: i przy Bułgarskiej - w sezonie zasadniczym i przy Łazienkowskiej - już w rundzie mistrzowskiej. Do mistrzostwa Polski wystarczyły remisy z Jagiellonią Białystok i Lechią Gdańsk. Legia wcale nie była skazana na mistrzostwo Polski, a jednak te mistrzostwo - pod wodzą Magiery - zdobyła.

Bez pięciu filarów w nowym sezonie: Nikolica, Prijovica, "Beresia", "Rado" i Vadisa

To że Legia w nowym sezonie będzie miała ciężko, świadczyła noc po mistrzostwie. Piłkarze niby zaczęli wieczór na bankiecie u Dariusza Mioduskiego, ale skończyli u Bogusława Leśnodorskiego. Bo to była drużyna "Leśnego". Były prezes Legii wiosną był już tylko w radzie nadzorczej klubu. Nie czekał jednak nawet doby po zdobyciu tytułu, aby zrezygnować. Ciekawe, czy Magiera nie pomyślał wówczas, że warto uczynić to samo? Tyle, że Magiera nie czuł się człowiekiem Leśnodorskiego. Wierzył w pomysły Mioduskiego. Jednak z miesiąca na miesiąc miał coraz bardziej pod górkę. Już zimą odeszły trzy filary - Nikolić i Prijović, a także Bereszyński. Latem okazało się, że do kampanii sezonu 2017/18 przystąpi bez kolejnych filarów - kontuzjowanego Radovica i Odjidja-Ofoe, który wymusił odejście, mimo ważnego kontraktu. Piłkarzy Magierze sprowadzano stopniowo. Z tygodnia na tydzień, a nie na początek pierwszego obozu przygotowawczego. Pojawiali się na Łazienkowskiej 3 nieprzygotowani, choć kolejne wyzwania pojawiały się na horyzoncie w odstępie kilku dni, poczynając od walki o Superpuchar, przez start w Ekstraklasie, aż po wyzwania w Europie. Trener Legii na pewno za bardzo rotował składem. Na pewno nie miał tej łatwości - i trafności - decyzji, jak jesienią 2016 roku. Jednak w wielkim stopniu jest ofiarą cyrku, który zapanował na przełomie historii Legii - cyrku, który wynikał z rozliczeń Mioduskiego z Leśnodorskim (i w tle z Maciejem Wandzlem).

 

Ucieczka do przodu z Chorwatami, ale dlaczego spalono na stosie Magierę?

Mioduski postanowił zatrudnić pięciu Chorwatów, aby realizowali strategię rozwoju klubu zupełnie inną, niż ta prezentowana przez Leśnodorskiego. Dla "Leśnego" liczyło się tu i teraz. Mioduski chciałby szkolić - i to ma być fundament rozwoju klubu. Chorwaci w Dinamie Zagrzeb w 10 lat zarobili 200 milionów euro na wyszkolonych i wypromowanych piłkarzach. Czy to jest do powtórzenia w Warszawie? Obecny właściciel Legii jest o tym przekonany. Pytanie, czy musiał palić na stosie Magierę, który wcale nie czuł się człowiekiem Leśnodorskiego. Szedł konsekwentnie swoją drogą, wiedząc, że chce być szkoleniowcem stołecznego klubu bez względu na to, czy właścicielem Legii jest ITI, trio, czy już sam Mioduski.