W drugim podejściu do 9. biegu tego spotkania Anders Thomsen przy próbie wyprzedzenia swojego rywala nie zdołał utrzymać motocykla i z impetem upadł plecami na tor. Sam fakt, że Duńczyk po kilku chwilach wstał o własnych siłach, wsiadł na motor i obolały, na bezdechu dojechał do mety po jeden punkt zasługuje na wielkie uznanie. Był to jednak początek dramatycznych scen z udziałem młodego żużlowca.

Okazało się bowiem, że 23-latek po dojechaniu do swojego boksu w parku maszyn stracił przytomność. Szybko została mu udzielona pomoc służb medycznych, ale informacje o jego stanie zdrowia nie były optymistyczne. Jak donosił w trakcie relacji Tomasz Lorek, Anders Thomsen po odzyskaniu świadomości miał dreszcze, a zdaniem lekarzy były to objawy epileptyczne. Mogło wydawać się, że urodzony w Odense zawodnik nie ma prawa już kontynuować zawodów. Włodarze gdańskiego Wybrzeża z prezesem Tadeuszem Zdunkiem i menadżerem Mirosławem Kowalikiem na czele sami nakłaniali swojego podopiecznego, aby pojechał do szpitala. Kolejny raz przekonaliśmy się jednak, że żużlowcy to ludzie stworzeni nieco z innej materii niż zwykli zjadacze chleba.

Anders nie dość, że wrócił do rywalizacji na torze, to jeszcze zrobił to z przytupem. Wystarczy powiedzieć, że Duńczyk w trzech ostatnich swoich biegach przywiózł w sumie siedem punktów, wygrywając dwa biegi nominowane. W całym spotkaniu wicemistrz świata juniorów z 2015 roku zdobył czternaście punktów i był liderem swojej drużyny.

Ciężko znaleźć podobne przypadki w innych dyscyplinach, w których sportowiec w trakcie zawodów najpierw notuje poważny upadek, następnie traci przytomność, ma drgawki, ale wraca do rywalizacji jak gdyby nigdy nic i imponuje swoją postawą. Przypadek jak najbardziej naturalny – z adnotacją „w żużlowym środowisku”.

 

W załączonym materiale wideo skrót meczu Grupa Azoty Unia Tarnów - Zdunek Wybrzeże Gdańsk.