Aleksandra Szutenberg: Obok Kamili Lićwinko jesteś chyba po sezonie 2017 najszczęśliwszym polskim lekkoatletą? Jaki to był dla Ciebie sezon? Najlepszy w dotychczasowej karierze?

 

Piotr Lisek: Na pewno udany. Jestem zadowolony w 95%. Zdobyłem mistrzostwo Europy, wicemistrzostwo świata, czegóż chcieć więcej.

 

To czemu 95%? Gdzie jest ta piątka?

 

Ta piątka schowała się właśnie za srebrnym medalem mistrzostw świata. Ale fakt jestem jednym z najszczęśliwszych lekkoatletów w Polsce. Na pewno ten medal dał mi do myślenia, że mogę rywalizować z najlepszymi. Już wcześniej utwierdzałem się, że jestem w tym gronie najlepszych, ale myślę, że ten medal po prostu gdzieś to zwieńczył. 

 

W ubiegłym sezonie prześladowało Cię czwarte miejsce. Co się zmieniło, czy w przygotowaniach, czy Twoim nastawieniu, że w tym sezonie udało się zrobić ten krok wyżej, a w zasadzie skok wyżej?

 

Myślę, że po prostu dojrzałem do medali innego koloru. Gdzieś ten trening poszedł do przodu. Tyczka to nie jest łatwy sport. Trzeba tych treningów trochę narobić. Potrzebny jest czas i myślę, że teraz te treningi to wszystko oddały.

 

Współpracujesz z psychologiem?

 

Nie współpracuję z psychologiem. Jestem typem człowieka, który uważa, że powinien radzić sobie sam. Nie wiem, może kiedyś to się zmieni. Na razie jest mi z tym dobrze. W tym sezonie tego nie potrzebowałem i wszystko się udało.

 

Jak ważny jest trener w życiu sportowca? W jakim stopniu, Twoim zdaniem, sukces zawodnika jest zasługą trenera?

 

To trudne pytanie. Wydaje mi się, że - 50 na 50. To, że ja wszędzie jestem widoczny, odbieram nagrody, to za tym sukcesem zdecydowanie stoi trener.  Może nie tyle kompetencje, co po prostu jego wsparcie. To jest na tyle ważne, że uważam, że 50 na 50. To nasza wspólna praca jest włożona w sukcesy i chyba częściej powinno się o trenerach mówić.

 

Jak wygląda Twoja relacja z trenerem? Jakbyś ją określił – jest dobra, zła? Ścieracie się, negocjujecie,  rozmawiacie, czy raczej się podporządkowujesz woli trenera (red. Marcin Szczepański)?

 

Zdecydowanie się podporządkowuję, ale oczywiście też się ścieramy. Jesteśmy obaj młodymi ludźmi.  Mój trener jest zaledwie dwa lata ode mnie starszy. Nasza współpraca polega więc na byciu kolegą na treningu. To na pewno coś innego niż to, czego doświadczają inni zawodnicy na takim wysokim poziomie, na jakim ja jestem, ale uważam, że temu zawdzięczam swój sukces.

 

Młody polski trener może?

 

Myślę, że tak. Jeśli jest odpowiednio zaangażowany, ma motywację i jest oddany temu całym sercem to na pewno.

 

2017 rok był dla Ciebie bardzo udany, jakie masz plany i cele na ten 2018 i jakie cele długofalowe? Pewnie Tokio gdzieś tam z tyłu głowy już jest…

 

Jasne, że jest. Za dużo nie będę zmieniał w swoim treningu. Z czasem powinno przyjść jeszcze wyższe skakanie. Ja myślę, że to, co robiliśmy dotychczas, jest dobrą ścieżką i będziemy to kontynuować. A cele na 2018 rok? Są halowe mistrzostwa świata, wiadomo hala nie tak priorytetowa jak dwór, a na dworze są mistrzostwa Europy. Chciałbym utwierdzić się w tym, że w Europie Lisek jest najlepszym tyczkarzem, ale nie będzie to łatwe, bo Paweł Wojciechowski jest też w wysokiej formie i też będzie chciał pokazać i udowodnić, że jest najlepszym w Europie. Zobaczymy, jak to wyjdzie.

 

Miałeś czas na porządne wakacje?

 

Tak. Spakowałem namiot, chciałem dojechać do Czarnogóry samochodem i spać na polach kempingowych. Nie udało się dojechać do Czarnogóry, zatrzymaliśmy się w Chorwacji, ale przygoda i tak była nie z tej ziemi. Poczułem się trochę jak 5-10 lat temu, bo jednak ten namiot, pies. Na pewno będzie co wspominać.

 

Jeszcze kilka dni wolnego będzie?

 

Myślę, że muszę ogarnąć swoje życie. Życie sportowca jest takie, że jesteś ciągle na wyjazdach. Wracasz do domu i się okazuje, że tych przyziemnych spraw jest tyle do ogarnięcia, że to naprawdę zajmuje dużo czasu. Na razie troszeczkę w domu posiedzę, poświęcę czas rodzinie. Na razie nie będę nigdzie za granicę uciekał.