Zimowe

NHL: Jagr wraca jednak za ocean. Zagra w...

Triumf w poprzednich rozgrywkach "Pingwinom" zapewniła głębia składu. W sezonie zasadniczym mieli drugi bilans, ale w play off szeroka kadra pokazała siłę. W finale pokonali Nashville Predators 4-2, a w dwóch ostatnich meczach nawet nie stracili bramki.

 

Choć do zbliżającej się rywalizacji zespół przystąpi osłabiony, gdyż odeszli m.in. bramkarz Marc-Andre Fleury oraz napastnicy Chris Kunitz i Nick Bonino, to wciąż jest w nim tylu utalentowanych zawodników, że Penguins trudno nie zaliczać do grona faworytów. W ataku siłą napędową są Sidney Crosby i Rosjanin Jewgienij Małkin, a obroną dowodzi Kris Letang. Między słupkami natomiast doskonale spisuje się Matt Murray. - To, co naprawdę lubię w tej grupie zawodników, to że mogą oni grać ze sobą w różnych konfiguracjach. Jeśli nasze gwiazdy rozłożę na trzy, a nie dwie linie, to zespół zyskuje zupełnie inną dynamikę - powiedział trener Mike Sullivan.

 

W poprzednich latach za najgroźniejszych rywali Penguins uważano Washington Capitals, teraz jednak nie jest to takie oczywiste. Włodarze stołecznego zespołu mieli świadomość, że po sezonie 2016/17 nie uda im się zatrzymać wszystkich gwiazd. Waszyngton opuścili m.in. Justin Williams i Kevin Shattenkirk. - Czujemy, że teraz otoczenie nie ma wielkich oczekiwań. My wciąż jednak mamy je wobec siebie - podkreślił szwedzki napastnik Nicklas Backstroem.

 

Obok Penguins na Wschodzie najwięcej do powiedzenia powinni mieć Columbus Blue Jackets i Tampa Bay Lightning. Ci pierwsi z dobrej strony pokazali się już w poprzednich rozgrywkach. Mieli serię 16 zwycięstw z rzędu, która mocno podbudowała ich wiarę we własne możliwości. W bramce świetnie spisywał się Rosjanin Siergiej Bobrowski, a formacja ofensywna została teraz wzbogacona jego rodakiem Artemim Panaraninem.

 

Największym wzmocnieniem Lightning jest natomiast powrót do zdrowia Stevena Stamkosa. Kapitan "Błyskawic" niemal cały ostatni sezon stracił z powodu kontuzji kolana.

 

W Konferencji Zachodniej najmocniejsi powinni być finaliści poprzednich rozgrywek Nashville Predators oraz dysponujący młodymi gwiazdami Edmonton Oilers. - To, co wydarzyło się w finale, to jak on się skończył, nie przeraża mnie. To tylko nas jeszcze bardziej motywuje do walki o trofeum - podkreślił fiński bramkarz Predators Pekka Rinne.

 

Liderem Oilers jest zaledwie 20-letni Connor McDavid. W poprzednim sezonie był najlepiej punktującym (suma goli i asyst) zawodnikiem, a także odebrał nagrodę dla najbardziej wartościowego gracza (MVP). - Jeden taki sezon nie czyni mnie wielkim. Do Sidneya Crosby'ego wciąż mi daleko, on wygrał wszystko, co tylko się dało i to nie raz. Na pewno oczekiwania wobec mnie i drużyny wzrosły, a rywali trudniej będzie zaskoczyć. Zamierzamy jednak wyjść naprzeciw pokładanym w nas nadziejom - zapowiedział McDavid.

 

Od tego sezonu liga będzie liczyła 31 drużyn. Nową jest Vegas Golden Knights, która jednak na początku będzie raczej dostarczycielem punktów. - Pewnego dnia obudzimy się i to będzie naprawdę mocny zespół. Nie potrafię jednak określić, ile czasu to zajmie - przyznał generalny menedżer "Złotych Rycerzy" George McPhee.

 

Sezon zasadniczy zakończy się 7 kwietnia. Wcześniej, 28 stycznia w Tampie, odbędzie się Mecz Gwiazd. Liga nie przerwie rozgrywek na czas igrzysk olimpijskich w Pjongczangu, co oznacza, że jej zawodników zabraknie w Korei Południowej.