Aleksandra Szutenberg: Świat sportu, ten mniej zorientowany w lekkoatletyce, usłyszał o Tobie dopiero w 2017 roku, jaki to był rok dla Ciebie?
 
Malwina Kopron: Oj bardzo ciężki, ale też bardzo przyjemny, szczególnie teraz po tych wszystkich sukcesach. Moje wyniki zostały bardzo docenione,  jestem rozpoznawalna. To bardzo miłe uczucie.
 
Musiałaś sobie jednak na to najpierw bardzo ciężko zapracować. Przed tym sezonem zmieniłaś trenera, odeszłaś od Czesława Cybulskiego i wróciłaś do swojego dziadka. Czym to było spowodowane?
 
W Poznaniu trenowałam cztery lata. To był bardzo ciężki okres. Miałam problemy w dogadywaniu się z trenerem. Praktycznie w ogóle się nie dogadywaliśmy. Dlatego po nieudanych igrzyskach w Rio, które, nie ukrywam, bolą mnie do dziś, zdecydowałam, że wrócę do domu. Teraz jest mi świetnie i to wszystko widać w wynikach. W tym roku rzuciłam prawie 77 metrów, aż się boje co będzie za trzy lata w Tokio, albo w przyszłym roku, bo planuję dorzucić.
 
Dlaczego pięć lat temu zdecydowałaś się wyjechać do Poznania?
 
To był taki okres z mojej karierze, że stanęliśmy w miejscu, a trener Cybulski był uważany za guru rzutu młotem. Gdy dostałam propozycję, to razem z dziadziem podjęliśmy decyzję, że dobrze będzie z niej skorzystać. Poszłam do Poznania, no i jak wszyscy wiedzą wróciłam po czterech latach. Chciałam wrócić wcześniej, ale nie wiem co mnie tam trzymało…
 
Ale uważasz, że te cztery lata nic Ci nie dały?
 
Myślę, że nauczyły mnie naprawdę ciężkiej pracy. W Poznaniu mieliśmy bardzo ciężką siłownię i naprawdę bardzo ciężko pracowaliśmy. Może więc tylko pod tym względem. Komfortu psychicznego nie miałam, dlatego cały czas współpracowałam z psychologiem i z tym psychologiem – Nikodemem Żukowskim pracuję cały czas, aż do teraz.
 
Jak zmienił się Twój trening w porównaniu do tego z zeszłego roku?
 
On się nie zmienił, ja po prostu dołożyłam sprawności. Jestem osobą dynamiczną. Nigdy nie będę tak silna jak niektóre moje koleżanki, bo po prostu mam inne warunki fizyczne. Jestem mniejsza, drobniejsza i muszę czymś nadrabiać. U mnie jest to szybkość. Dlatego bardzo postawiłam na sprawność - skakanie bieganie, drabinki – takie podstawowe rzeczy. Myślę, że tutaj nadeszła zmiana. Siłownia mocno się nie zmieniła, a nawet jestem silniejsza. To pokazuje, że jest bardzo dobrze dobrana do moich warunków fizycznych.
 
Masz już medal mistrzostw świata, po który sięgnęłaś wcześniej niż po swój pierwszy medal mistrzostw świata sięgnęła Anita Włodarczyk. W co celujesz, o czym marzysz, bo przecież ta prawdziwa, wielka kariera jeszcze przed Tobą?
 
W przyszłym roku - medal mistrzostw Europy w Berlinie, za dwa lata medal mistrzostw świata w Katarze, no i w Tokio, co może być? Jak najwyżej. Wiadomo igrzyska olimpijskie w Tokio są priorytetem, tam musi być medal! Ne spocznę na tym, co jest teraz. Ja jestem taka, że ciągle mi mało i do tych wyników będę chciała jeszcze bardzo mocno dokładać, a 80-tka coraz bliżej!!!