Hamilton czwarty triumf zapewnił sobie w niecodziennych okolicznościach. On i Sebastian Vettel (Ferrari), który jako jedyny mógł mu jeszcze przeszkodzić w wywalczeniu tytułu, już na samym początku wyścigu uczestniczyli w kolizji, w efekcie czego musieli przymusowo zjechać do alei serwisowej. Po powrocie na tor znaleźli się na końcu stawki, ale stopniowo odrabiali straty. Ostatecznie Brytyjczyk awansował z 20. pozycji na dziewiątą, a Niemiec z 19. na czwartą. Ten ostatni, by przedłużyć swoje szanse na triumf w tegorocznej rywalizacji, musiał uplasować się jednak na jednym z dwóch najwyższych miejsc.

- Z pewnością to nie jest sposób, w jaki chciałem zostać mistrzem świata po raz czwarty. Po tym, co wydarzyło się na początku, zdecydowałem, że nie odpuszczę nawet mimo 40 sekund straty do Vettela. Wróciłem myślami do czasów, gdy jako dziecko miałem zakrwawiony nos po pobiciu w szkole. Nieraz wracam do tamtych chwil. I przypominam sobie, ile mój ojciec poświęcił, by pomóc mi się stać tym, kim jestem. To zmobilizowało mnie, by rozegrać jak najlepiej ten wyścig i zapomnieć o okolicznościach. Sebastian to wyjątkowy rywal, uważam go za mistrza, niezależnie od tego, co się wydarzyło w tym sezonie - zaznaczył Hamilton.

32-letni kierowca w rozmowie z dziennikarzami po niedzielnym sukcesie kilkakrotnie wracał do wątku swojego dzieciństwa.

- Jestem bardzo szczęśliwy, ale potrzebuję teraz trochę czasu, by sobie tak naprawdę uświadomić to, co się właśnie stało. Pamiętam, gdy dorastałem w Stevenage i marzyłem, by zostać kierowcą Formuły 1. 25 lat później jestem tu i jestem czterokrotnym mistrzem świata. Chcę podziękować wszystkim za ciężką pracę. Zdobyliśmy też tytuł wśród konstruktorów, ale też mój team bardzo pomógł mi w odniesieniu tego indywidualnego sukcesu. Niczego nie pozostawiłem przypadkowi, taka jest moja zasada. Dziękuję też fanom za wszystkie wiadomości, inspirujecie mnie. Czasem mówicie, że ja inspiruję was. Nigdy się nie poddawajcie. Chyba udowodniłem, że ja tego nigdy nie robię - podsumował.

Wcześniej triumfował w latach 2008 i 2014-15. Tylko czterech innych kierowców może pochwalić się zdobyciem co najmniej czterech tytułów: Niemcy Michael Schumacher i Vettel, Argentyńczyk Juan Manuel Fangio oraz Francuz Alain Prost.

Na pytanie o przyszłość, Brytyjczyk wyraźnie podkreślił, że chce walczyć o kolejne triumfy w następnych latach. Nie zmarnował przy tym okazji na małą złośliwość pod adresem Nico Rosberga, z którym miał konflikt w czasach wspólnych startów w zespole. Niemiec dzień po wywalczeniu mistrzostwa w tamtym sezonie zakończył karierę.

- Czwórka to świetna liczba, ale chcę teraz piątego tytułu. Chcę być na szczycie. Mógłbym wybrać łatwe rozwiązanie, jak Nico, i cieszyć się dotychczasowymi sukcesami, ale chcę więcej i stać mnie na to. Przede mną kolejne wyzwania. Nie będzie łatwo, ale to mi się podoba. Bez tego byłoby nudno. Będę się ścigał, dopóki to kocham. Niekiedy myślę o tym, jak miło byłoby mieszkać na stałe w jednym miejscu, udzielać się więcej towarzysko, chodzić codziennie na spacery z moimi psami czy surfować. Ale potem zdaję sobie sprawę, że będę miał na to jeszcze sporo czasu po 40-tce - argumentował.

Jak dodał, dodatkowym źródłem motywacji jest dla niego dalsza rywalizacja z Vettelem, który przedłużył kontrakt z Ferrari do 2020 roku. Niemiec pogratulował mu niedzielnego sukcesu.

- Patrząc na całokształt, był lepszy. To proste. To, co wydarzyło się na początku wyścigu w Meksyku, nie ma znaczenia. Ważne, że to był dzień Lewisa. Zasłużył na ten tytuł. Uwielbiam rywalizację z nim i nie boję się go - zaznaczył.

Po GP Meksyku w kalendarzu MŚ są jeszcze dwie imprezy - 12 listopada GP Brazylii i 26 listopada GP Abu Zabi.