- Oczywiście każdy start jest bardzo ważny, ale postanowiliśmy z trenerem Marcinem Szczepańskim, że do nadchodzącego roku podejdziemy zdecydowanie na luzie, bez żyłowania. Po prostu mniej będziemy się przejmowali wynikami, chociaż na pewno chciałbym pokazać się z jak najlepszej strony podczas sierpniowych (7-12) mistrzostw Europy w Berlinie - podkreślił Lisek.

Dodał, że wprawdzie nie lubi wybiegać zbyt daleko w przyszłość, to myśli już także o igrzyskach olimpijskich, które odbędą się w Tokio w 2020 roku.

- Wyniki mam coraz lepsze, więc wiadomo - apetyt i oczekiwania rosną. Zdaję sobie sprawę, że to samo czują kibice i to na pewno jest jakaś tam presja, ale radzę sobie z tym bez najmniejszego problemu. Wiemy, co chcemy technicznie zmienić do Japonii i powoli to wdrażamy, jednak bez specjalnej napinki - zaznaczył czwarty zawodnik igrzysk w Rio de Janeiro.

Jednym z etapów przygotowań do sezonu było zakończone we wtorek zgrupowanie w Zakopanem. - To był mój pierwszy raz tutaj! Do tej pory jeździliśmy do Szklarskiej Poręby, więc nie do końca wiedziałem jak to będzie. Okazało się, że ośrodek jest super, góry też i tylko szkoda, że w hali nie ma miejsca do skoku o tyczce. To byłoby piękne i na pewno przyjeżdżałbym tu częściej - stwierdził halowy rekordzista Polski (6,00 - Poczdam, luty 2017).

Zapytany o przebieg obozu pod Tatrami Lisek stwierdził, że lekko nie było.

- Rano półgodzinny rozruch. U mnie to było zwykle rozciąganie, ponieważ mam z tym problem i zawsze miewam jakieś przykurcze. Potem ponad trzy godziny chodzenia po górach, siłownia lub bieganie. Po południu również około trzygodzinne zajęcia, po których była obowiązkowa regeneracja, powrót do pokoju i wypoczynek z książką lub przed telewizorem. Jedynie niedziele były wolne, więc naprawdę dobrze przepracowaliśmy ten czas tutaj - poinformował.

Pogoda jednak nie zawsze pozwalała na pełną realizację górskich planów. - Mieliśmy np. na Gubałówce trenować skoczność, no ale lunęło tak, że niemal stamtąd spłynęliśmy. Była też próba wyjścia na Kasprowy Wierch i... wręcz przecieraliśmy szlak brnąc po kolana w śniegu; gdy zrobiło się stromo i ślisko, zrezygnowaliśmy.

Udana natomiast była wyprawa do Morskiego Oka. - Wbiegliśmy tam w 50 minut, a potem już w trochę wolniejszym tempie podeszliśmy pod Czarny Staw. W dół też zbiegliśmy, więc chociaż była to naprawdę wyczerpująca wycieczka, przyniosła mi dużo satysfakcji - przyznał urodzony w Dusznikach 25-letni lekkoatleta.

Wicemistrz świata wraca teraz do Szczecina. - Tam lżejsze osiem dni, bo tylko z jednym treningiem. Kolejny obóz w znacznie korzystniejszych warunkach atmosferycznych, ponieważ 8-9 listopada ruszmy na trzy tygodnie do RPA. To miejsce jest nie tylko dobre dla mięśni, ale też głowy, która odpoczywa od szarości za oknem i treningowej rutyny - wyliczył.

Po powrocie Lisek kilka dni spędzi w ośrodku w Spale, a od stycznia - starty. - Od trzech lat zaczynam w niemieckim Merzig. Wyniki są tam wprawdzie znacznie gorsze, bo skaczemy z połowy rozbiegu, w namiocie cyrkowym i jak to się mówi pod publiczkę, ale to jest fajna zabawa - ocenił tyczkarz.

Zapytany, czy przed lub w trakcie sezonu uda się wygospodarować trochę czasu na odpoczynek, uznał, że nie widzi takiej możliwości.

- Miałem już miesiąc wakacji, teraz przede mną pół roku praktycznie bez oddechu, no ale takie jest życie sportowca, że poza domem przebywa się ponad 250 dni. Chciałbym naturalnie spędzać z żoną jak najwięcej czasu, więc prawdopodobnie wykupimy dla niej pobyt na jednym czy dwóch moich zgrupowaniach. Oczywiście nie będzie to to samo co na urlopie, ale dla nas na pewno cenne chwile - podsumował Lisek.