Jan Szczepański odszedł w styczniu, w wieku 77 lat. Niezwykły pięściarz, z niezwykłym, pogmatwanym życiorysem. Gdy lekarze wykryli u niego arytmię serca wydawało się, że nie wróci już do boksu, To był trudny czas w życiu przyszłego mistrza olimpijskiego. Warto obejrzeć debiut filmowy Filipa Bajona „Powrót” z grającym samego siebie Szczepańskim, by to zrozumieć. Ale wygrał i wrócił, gdy okazało się, że jest zdrowy, a arytmia zniknęła tak samo niespodziewanie, jak się pojawiła.

 

Pamiętam jego sparingi – opowiadał mi Janusz Gortat, dwukrotny medalista olimpijski, kolega klubowy Szczepańskiego – To były wojny na śmierć i życie. Janek nie znał się na żartach również wtedy, gdy graliśmy w piłkę nożną, czy koszykówkę. Był przy tym nieobliczalny. Jak mu coś leżało na wątrobie, to wygarnął bez względu na okoliczności, bywało, że przerwał trening bez powodu i wyszedł. Cały on. Ale w ringu przyjemnie było patrzeć. To był taki ringowy cwaniak z bokserskim oczkiem. A przy tym wieki technik i porywczy indywidualista, który chciał robić wszystko po swojemu – wspominał Gortat.


I zawsze chadzał własnymi drogami, jak kot – mówił Marian Kasprzyk, inna znakomitość polskiego boksu olimpijskiego.


Jan Szczepański pod koniec kariery wygrał mistrzostwa Europy (1971) oraz igrzyska w Monachium (1972), a w 1976 roku zagrał z Jerzym Kulejem w głośnym filmie Marka Piwowskiego „Przepraszam czy tu biją?”, gdzie wspólnie zagrali jedną z najlepszych sportowych scen, niezapomniany sparing dwóch mistrzów olimpijskich w milicyjnych mundurach.


Szczepański zmarł w styczniu, kilka miesięcy po wypadku w którym został potrącony przez autobus.


Jego kolega z warszawskiej Legii, mistrz i wicemistrz olimpijski Józef Grudzień odszedł pół roku później, w czerwcu tego roku, po krótkiej chorobie w wieku 78 lat.


Marian Kasprzyk, którego poprosiłem o krótką charakterystykę wielkiego mistrza powiedział tak: wspaniały kolega i cudowny człowiek. Zabijaką nigdy nie był, ale się ich nie bał. Miał znakomity lewy prosty i szybą, suchą kontrę, którą przewracał silniejszych od siebie.


Nic dodać, nic ująć. Z Kasprzykiem zgadzam się także co do tego, że Grudzień powinien mieć podobnie jak Kulej dwa olimpijskie złota, bo finałowego pojedynku z Meksyku (1968) z Amerykaninem Ronaldem W. Harrisem nie przegrał, tak jak to widzieli sędziowie.


Trzy miesiące wcześniej, w marcu, zmarł w wieku 64 lat Andrzej Biegalski, jedyny nasz mistrz Europy wagi ciężkiej w boksie olimpijskim.

 

Tytuł ten zdobył w Katowicach w 1975 roku wygrywając w finale z reprezentantem ZSRR, Wiktorem Uljaniczem. Po latach Uljanicz mówił mi w rozmowie, którą przeprowadziłem z nim na Węgrzech, że nie rozumie dlaczego tak silny, mający tak znakomite warunki fizyczne i spore umiejętności pięściarz jak Biegalski, nic później znaczącego nie wygrał. Faktycznie tak było. Mierzący 195 cm Polak, miał pięści jak bochny chleba, a ci, którzy mieli okazję podawać mu rękę wiedzą jak mocny miał uścisk. Miał wprawdzie za sobą ćwierćfinał mistrzostw świata w Hawanie (1974), występy w reprezentacji i sporo zwycięstw na międzynarodowej arenie, ale na podium wielkiej imprezy już nie stanął. Skończył studia, był trenerem, lecz wielkie, spektakularne sukcesy go omijały. Ale tamtych zwycięstw w katowickim Spodku i nokautu jaki zafundował wtedy potężnemu, utytułowanemu Niemcowi z RFN, Peterowi Hussingowi, nikt mu nie odbierze.

 

Edward Zaborowski, który zmarł 28 września w wieku 66 lat, sukcesów miał jeszcze mniej, ale był bardzo dobrym, cenionym pięściarzem i trenerem Zawiszy Bydgoszcz. Poznałem go bliżej w 1983 roku podczas Mistrzostw Armii Zaprzyjaźnionych w byłej NRD. W finałowych pojedynkach walczyli tam dwaj pięściarze warszawskiej Legii, Bogdan Gajda i Henryk Petrich. Pierwszy w wadze lekkopółśredniej przegrał z pięściarzem Związku Radzieckiego Wiaczesławem Janowskim, późniejszym mistrzem olimpijskim, a Petrich w kategorii średniej został pokonany przez 19 letniego Henry’ego Maske, reprezentanta NRD, który przed własną publicznością we Frankfurcie nad Odrą pokazał wielkie możliwości. Potwierdził je zarówno w amatorskiej i zawodowej karierze: zdobył olimpijskie złoto i tytuł mistrza świata, by później, na zawodowym ringu sięgnąć po mistrzowski pas w wadze półciężkiej.

 

Pamiętam, że Zaborowski nie mówił zbyt wiele, ale jego uwagi były nad wyraz celne. Spotykałem go później wielokrotnie podczas krajowych imprez, był już wtedy powszechnie szanowanym trenerem, tak jak wcześniej był twardym i solidnym zawodnikiem, który stawał na podium mistrzostw Polski i walczył w reprezentacyjnych barwach. Szkoda, że już go z nami nie ma.