Dla Linette ten rok nie zaczął się najlepiej, pierwsze turnieje kończyła już na pierwszej rundzie. Jak sama przyznała, od kilku lat ma problem z dobrym otwarciem sezonu.

"Mam taki wolny start i rzadko kiedy zaczynam z wysokiej półki. Tak naprawdę brakowało mi jednego meczu, który obróciłabym na swoją stronę. Przegrywałam mecze nieznacznie, czasami 4:6, 5:7 w trzecim secie i brakowało mi takiej pewności siebie. Pomógł mi trochę Fed Cup, w którym mogłam zagrać z zawodniczkami niżej notowanymi i udało się wygrać kilka meczów. Odblokowałam się, potem przyszedł turniej w Kuala Lumpur (Linette awansowała w nim do półfinału - PAP) i była już odmieniona" - wspominała 25-letnia tenisistka.

Udany był dla niej French Open, w którym dotarła do trzeciej rundy. W tym sezonie po raz pierwszy w karierze przyszło jej rozegrać wiele spotkań z topowymi tenisistkami, m.in. Czeszką Karolina Pliskovą, Ukrainką Kateriną Bondarenko, którą pokonała dwukrotnie, Rosjanką Marią Szarapową czy Hiszpanką Garbine Muguruzą.

"Dziś mogę sobie powiedzieć, że nie jestem tak daleko od tych zawodniczek. Mecze z Pliskovą czy Muguruzą nie były dla mnie trudne, spotykałam się z nimi już na turniejach ITF, a Pliskovą poznałam, jak miałam 14 lat. Grałam z nią, czy z jej siostrą z 15 razy. Gorzej było z wyjściem na stadion Artura Ashe’a podczas US Open, największy na jakim przyszło mi zagrać. Wiedziałem, że dużo ludzi będzie mnie oglądać. Nie wiedziałam też, czego mogę się spodziewać po Szarapowej. Ona w telewizji tak potrafi wykreować swój wizerunek. Wchodząc na kort, do momentu kiedy nie odbiłam pierwszej piłki, nie wiedziałam, czy ona nie zmiecie mnie z kortu, czy jestem w stanie z nią zagrać" - opowiadała.

Jak przyznała, najwyższą formę "złapała" na koniec sezonu. Ostatni miesiąc był też dla niej wyjątkowo wyczerpujący - od US Open rozegrała 15 spotkań w 20 dni.

"W końcówce sezonu odnalazłam taki spokój. Nauczyłam się, jak sobie radzić z tymi lepszymi dziewczynami i co tak naprawdę muszę zrobić. Potem grałam naprawdę solidnie i tylko mogłam żałować, że sezon się już skończył. Z drugiej strony byłam już bardzo zmęczona. Poza tym zawodniczki takie jak ja są niestety pomiatane na takich turniejach. Niemal wszystkie imprezy grałam od eliminacji i w meczu z Muguruzą byłam na granicy kontuzji, miałam sześć czy siedem tejpów na ciele. Szkoda mi tego pojedynku (przegrała 6:2, 1:6, 4:6 - PAP), ale brakowało mi sił. Grałam praktycznie codziennie, a gdy poprosiłam organizatorów o dzień przerwy, to mówiono mi, że gram z rozstawioną zawodniczką i nie można nic zmienić" - tłumaczyła.

W kobiecym tenisie czołówka mocna się zmieniła, w Top 20 pojawiło się wiele nowych zawodniczek, a niektóre zanotowały poważne spadki, jak choćby liderka sprzed roku Angelique Kerber czy Agnieszka Radwańska.

"Słyszałam opinię, że tenis kobiecy się kończy, ale te wszystkie zmiany, jakie nastąpiły to najlepszy dowód, że mamy coraz więcej dziewczyn grających na bardzo wysokim poziomie. Mi się to podoba, bo to pokazuje, że takie dziewczyny jak ja, też mają szansę zaistnieć. To pokazuje, że tenis jest strasznie wyrównany, a o to w sporcie chodzi, bo nie wiadomo kto wygra. To są korzystne zmiany dla sportu, pokazują młodym dziewczynom, że można zajść wysoko" - skomentowała.

Poznanianka przyznała, że wyższy ranking i dobre zarobki w tym roku niewiele zmienią w jej teamie. Szkoleniowcem pozostaje Chorwat Ivo Zunic.

"Mam do dyspozycji fizjoterapeutę, który jeździ jest ze mną od 15 do 20 tygodni w roku. Kiedy naciągnęłam w Chinach mięsień, on naprawdę szybko mnie naprawił. Dlatego przedłużyliśmy naszą współpracę. Mam też trenera od przygotowania kondycyjnego. To jest w tej chwili jedyny luksus, na jaki mogę sobie pozwolić" - wyjaśniła.

Linette uchyliła też rąbka tajemnicy, jeśli chodzi o zarobki w tenisie. WTA skrupulatnie liczy wszystkie pieniądze zarobione przez tenisistki korcie, a tych zawodniczka AZS Poznań zarobiła w tym roku dokładnie 471 473 dolarów.

"To jest trochę zabawne jak widzę, ile zarobiłam i potem się tylko zastanawiam +gdzie są te pieniądze?+. Nie mogę narzekać, pod tym względem było w tym roku całkiem dobrze. Tyle, że w tych liczbach nie uwzględnia się podatków, a w każdym kraju jest inaczej. Druga rzecz to koszty – ja za wszystko płacę, za swoich trenerów, za ich przeloty, wyżywienie. A podróże i hotele są bardzo drogie. My zawodniczki śpimy w dobrych hotelach i pokoje mamy opłacone, ale trenerzy już nie. Nie mówię już o kosztach wiz, o których zwykle się nie myśli" - powiedziała.

Jak dodała, dobre występy na korcie nie przekładają się też na zainteresowanie sponsorów.

"Na razie jest z tym średnio, prowadzę rozmowy, ale idzie to dość mozolnie. Problemem jest to, że rzadko bywam w Poznaniu. Na razie nie chcę o tym zbyt dużo mówić, żeby nie zapeszyć. Miałam kiedyś duże nadzieję i zostały one rozwiane bardzo szybko" - stwierdziła.

Linette jest w tej chwili drugą rakietą w Polsce i unika jakichkolwiek porównań do Radwańskiej. Jak zaznaczyła, na razie nie zamierza jej ścigać w rankingu, bo jest to na razie mało realne.

"Chciałbym wygrać Wielkiego Szlema i jeszcze kilkanaście turniejów WTA i wtedy będę mogła powiedzieć, że jestem numerem jeden. Między nami jest przepaść w wynikach i nie ma sensu czegokolwiek porównywać, choćby z szacunku dla Agnieszki" - podkreśliła.

Tenisistka na razie odpoczywa w Poznaniu, jak zdradziła, po raz pierwszy od wielu lat była na prawdziwych wakacjach - dziewięć dni spędziła na Seszelach. Za niespełna dwa tygodnie zacznie przygotowania do następnego sezonu.

"Podobnie jak rok temu pod koniec listopada wylatuję do Chin. To jest sprawdzony sposób przygotowań, tam mogę skupić się wyłącznie na tenisie" - podsumowała.