Zatrudniając Chavaughna Lewisa, Lublinianie nie kupowali kota w worku. Amerykanin poprzedni sezon spędził w Czarnych Słupsk. Tam grał dobrze miał statystyki na poziomie 14,6 p., 4,6 zbiórki i 4,9 asysty. Chyba jednak mało kto wierzył, że grający na pozycji rzucającego zawodnik zacznie sezon z aż tak wysokiego pułapu. 
 
W 5 pierwszych meczach sezonu rzuca 22,4 punktu (jest najlepszy w lidze), ma 6 zbiórek i tylko opuścił się w podawaniu. Jedynym słabszym elementem 24-latka jest rzut za trzy. Do kosza wpada zaledwie co czwarta próba. Ale jak już  poprawi ten element, to … pewnie długo w naszej lidze nie pogra. 
 
Lublinianie generalnie postawili na sprawdzonych w polskiej lidze zawodników. Ich drugim liderem jest James Washington, który poprzedni sezon spędziła Anwilu. Rozgrywający rzuca ponad 15 punktów w meczu i ma ponad 5 asyst. 
 
Trzeci filar to zawodnik, który w Polsce zadomowiony jest na dobre. Z jednoroczną przerwą Uros Mirkowić, gra w naszym kraju od 2009 roku. Pięć sezonów, w tym ostatni spędził w Polpharmie Starogard Gdański, ale był też w Zastalu i Rosie. Statystycznie rzecz ujmując Serb właściwie zawsze gra tak samo: ma ok. 10 punktów i około 5 zbiórek na mecz. Trójka staranieri rzuca dla Startu ok. 60 procent punktów. Co oczywiście nie zawsze daje zwycięstwo. Ale Start i tak zaliczył przyzwoity początek dwie wygrane w pięciu spotkaniach. 
 
 
2 wygrane przy dwóch porażkach mają natomiast gospodarze niedzielnego meczu. Nie najgorzej, ale pewnie oczekiwania były jeszcze większe. Tym bardziej, że przynajmniej jedna z tych porażek na pewno nie była zaplanowana. Własna hala jest dla Stali często jak twierdza. Przyjezdnym na małym obiekcie gra się naprawdę trudno. A tu w w ostatniej kolejce niespodzianka. Niedoceniane Asseco przyjechało i wygrała 80:76. 
 
- Nasza obrona nie była na takim poziomie, na jakim powinna być. Rzucili nam 44 punkty w pierwszej połowie. Chcieliśmy ukryć problemy, które mamy w składzie, ale teraz to się nie udało - powiedział po spotkaniu trener Emil Rajković.
Start poprzednią kolejkę musiał wpisać w koszty. W końcu grał z Anwilem. Lublinianie na początku zaskoczyli włocławian, ale im dalej w las tym było gorzej. Ostatecznie Anwil wygrał 80:57. - W pierwszej kwarcie byliśmy gotowi, objęliśmy kontrolę nad meczem. W drugiej części z kolei Anwil poprawił obronę, trafił z połowy i to zmieniło grę. Od tego momentu już nie wróciliśmy do naszego stylu - podsumował mecz James Washington.
 
Szczególnie źle mecz powinien wspominać Lewis. Lider Lublinian przecież potrafił rzucić już w jednym meczu 39 punktów, ale z Anwilem uzbierał tylko 6 przy fatalnej skuteczności (2/14 z gry). Czyli, że zatrzymać go można. Pytanie, czy sposób na to znajdą w Ostrowie Wielkopolskim.
 
Transmisja niedzielnego spotkania w Polsacie Sport. Początek o 12.30.