Po powrocie z Grecji w 2013 roku otrzymał ofertę od ówczesnego prezesa Jacka Kozaczyńskiego. Miał pełnić funkcję asystenta trenera pierwszego zespołu występującego wtedy w drugiej lidze. Znakomita infrastruktura w Siedlcach sprawiła jednak, że Tarachulski postanowił nie rozstawać się na stałe z boiskiem. Przez pewien czas łączył obowiązki zawodnika i trenera Pogoni. Nazwano go nawet "strażakiem" gaszącym wybuchające w Siedlcach pożary.

 

Po zakończeniu kariery zawodniczej kontynuował swoją piłkarską przygodę będąc członkiem sztabu szkoleniowego drużyny. Po kilku latach spędzonych u boku trenerów m.in. Carlosa Alosa Ferrera, Dariusz Banasika czy Marcina Broniszewskiego oraz krótkich epizodach jako tymczasowy pierwszy trener, przyszedł czas na samodzielne prowadzenie zespołu. Piłkarski obieżyświat podjął rękawicę. Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że… jak trwoga, to do Tarachulskiego.

 

Marta Ćwiertniewicz: Jak wspomina pan swoją piłkarską karierę? Czy są miejsca, które szczególnie zapadły panu w pamięć? Gdzie czuł się pan najlepiej?

 

Bartosz Tarachulski: Długie lata byłem zawodowym piłkarzem. Grałem zarówno w Polsce, jak i za granicą, gdzie miałem okazję reprezentować nasz kraj. Jak to w karierze piłkarza bywa, były momenty bardzo dobre i trochę gorsze, ale generalnie nie mogę narzekać. Jeżeli chodzi o kluby polskie, to najwięcej czasu spędziłem w Polonii Warszawa i ten klub jest najbliższy mojemu sercu.

 

Ma pan w swoim piłkarskim CV występy poza granicami kraju: Belgia, Izrael, Anglia,Szkocja, Grecja. Czy coś pana zaskoczyło lub dało szczególnie ciekawe, nietypowe wspomnienia?

 

Spędziłem ponad dziewięć lat poza granicami Polski grając w piłkę. Na początku był belgijski klub Beveren. Pojechałem tam jeszcze jako młody chłopak, także nie było łatwo, ale w następnych latach nabrane doświadczenie procentowało i coraz lepiej czułem się za granicą. Potem nadszedł czas na Izrael. Trafiłem tam w okresie, gdy konflikt z Palestyną był zaogniony. Człowiek jechał tam z duszą na ramieniu. Wiadomo, gdybym nie chciał, to bym nie pojechał, ale zaryzykowałem i bardzo miło wspominam ten pobyt. Szkoda tylko, że nie udało się odnieść tam żadnych większych sukcesów. W barwach klubu Hapoel Beer Sheva przegraliśmy w finale krajowego pucharu. Byliśmy faworytem i zostaliśmy pokonani po serii rzutów karnych. Gdybyśmy zdobyli to trofeum, to pewnie zostałbym w Izrealu na dłużej. Stało się jak się stało, wróciłem do Polski. Później był dwuletni epizod na Wyspach Brytyjskich. Wiadomo, Brytyjczycy kochają piłkę nożną, wszędzie były pełne trybuny. Naprawdę dobrze to wspominam. Ostatnie lata kariery to sześć sezonów spędzonych w  Grecji. Najpierw był klub AS Veria, później dwa lata w Kavali. Dwa lata grałem na wyspie Rodos, a ostatni rok na Lesbos.

 

Czyli przez te wszystkie lata nic zaskakującego pana nie spotkało?

 

Miałem taką sytuację w Grecji. Jednym z klubów rządził ówczesny prezes, już nieżyjący Makis Psomiadis, który był znany w całym kraju. Nie było łatwo. To była szkoła życia dla zawodników i trenerów. Jak prezes wchodził do szatni po nieudanym meczu to krzyczał tak, że ściany pękały. Przeważnie wygrywaliśmy mecze, bo wiedzieliśmy, że jeśli tego nie zrobimy, to on nas odwiedzi i może być naprawdę ciężko. W jednym sezonie sprowadził do drużyny topowych zawodników, o wiele lepszych niż miały inne drużyny zaplecza ekstraklasy. Postawił jasny cel: mamy do rozegrania trzydzieści cztery mecze i interesują mnie tylko trzydzieści cztery zwycięstwa. Jeden z zawodników zareagował na to śmiechem i w tym momencie Psomiadis wyrzucił go z szatni i powiedział, że kontrakt już go nie obowiązuje, bo nie wierzy w to, że drużyna może osiągnąć wyznaczony cel. W praktyce nie udało nam się wygrać wszystkich meczów, ale awansowaliśmy do ekstraklasy.

 

Mówi się, że jest pan bardziej rozpoznawany i ceniony za granicą niż w Polsce. Czy gdyby nie fakt, że rodzina chciała wracać do kraju, kontynuowałby pan karierę w Grecji?

 

Piłkarzem nie jest się wiecznie. Grałem za granicą do trzydziestego siódmego roku życia. Miałem jeszcze oferty przedłużenia kontraktu, lecz starszy syn poszedł do pierwszej klasy i chciałem, by rozpoczął swoją edukację w Polsce. Nigdy nie planowałem pozostania ani w Grecji, ani w żadnym innym kraju w którym grałem. Zawsze wiedziałem, że wrócę do Polski po zakończonej przygodzie z piłką. Poza granicami kraju miałem wyrobioną lepszą markę niż w Polsce, mimo, że tu też grałem w bardzo dobrych klubach, takich jak Polonia Warszawa,  Widzew Łódź, Ruch Chorzów, czy Górnik Zabrze. Dopiero gdy byłem już doświadczonym zawodnikiem moja kariera nabrała tempa. Czułem się wtedy najlepiej. Wróciłem i rok nie grałem w piłkę. Poszedłem na kurs trenerski, a potem dostałem propozycję od Pogoni Siedlce. Wyszło tak, że przez pewien czas pomagałem jeszcze Pogoni jako zawodnik w trudnych momentach. Przeważnie, gdy wynik był niekorzystny wchodziłem i starałem się odmienić losy spotkania.

 

Poruszyliśmy temat kursu trenerskiego. W internecie można doszukać się spekulacji na temat pana braku uprawnień do prowadzenia zespołu na poziomie pierwszej ligi, czyli licencji UEFA Pro. Jak ta sytuacja wygląda w rzeczywistości?

 

Rzeczywiście jest to problem w moim przypadku. Obecnie nie posiadam najwyższej licencji i mogę tylko warunkowo prowadzić zespół. Co dwa lata jest kurs, kandydatów jest bardzo wielu, a miejsc tylko dwadzieścia cztery. Dwa lata temu nie zostałem zakwalifikowany. W tym roku aplikowałem ponownie i czekam na decyzję. Warunkowo asystent trenera może prowadzić drużynę w trzech meczach od momentu zwolnienia szkoleniowca. Jeśli klub uiści odpowiednią opłatę to może dokończyć z nią rundę. Dawniej przepisy pozwalały prowadzić zespół w trakcie kursu. Teraz nie ma już takiej możliwości.

 

Jak porównałby pan poziom lig zagranicznych, w których zanotował pan występy do poziomu Nice 1 Ligi czy Lotto Ekstraklasy?

 

Trudno mi obecnie coś powiedzieć, bo już od sześciu lat nie jestem za granicą. Na pewno na Wyspach Brytyjskich poziom był bardzo wysoki. W niższych ligach grało tam bardzo wielu dobrych zawodników. Wielu moich kolegów z Yeovil mogłoby z powodzeniem występować w polskiej ekstraklasie. Jeśli chodzi o Szkocję, oprócz markowych zespołów takich jak Celtic Glasgow czy Glasgow Rangers, pozostałe kluby nie odbiegały poziomem od polskich. W Grecji w czasach, gdy były naprawdę dobre pieniądze w każdej drużynie roiło się od obcokrajowców, naprawdę wartościowych piłkarzy. Niestety kryzys ekonomiczny wpłynął również na piłkę. Kluby płaciły coraz mniej, lub nie płaciły wcale. Dobrzy zawodnicy odchodzili do innych lig.

 

Po wielu latach spędzonych na boisku nadszedł czas na zmiany. Czy od początku wiedział pan, że po zakończeniu kariery zawodniczej wyląduje pan na ławce trenerskiej?

 

Myśl o tym, żeby zostać trenerem dojrzewała we mnie dość długo. Na początku o tym nie myślałem. Z wiekiem musiałem opracować swój pomysł na życie. Moje doświadczenie jako zawodnika, gra w wielu krajach, trenowanie pod okiem różnych szkoleniowców procentuje w mojej obecnej pracy. Podpatrywałem tych, którzy mnie prowadzili, wyciągałem wnioski.

 

Czy Pogoń Siedlce była jedynym klubem, który złożył panu ofertę zatrudnienia?

 

Na Gali Piłki Nożnej poznałem ówczesnego prezesa klubu. Mieliśmy okazję porozmawiać, a po jakimś czasie zadzwonił do mnie z propozycją pracy w Pogoni. Powiedziałem, że kończę właśnie kurs UEFA, więc dlaczego nie. Chciałem spróbować swoich sił i tak wylądowałem w Pogoni. Myślałem, że będzie to krótki epizod, a okazało się, że minęło już blisko pięć lat.

 

Współpracował pan już z kilkoma trenerami. Z którym z nich pracowało się panu najlepiej, a o współpracy z którym chciałby pan jak najszybciej zapomnieć?

 

Nie chciałbym wyróżniać żadnego z nich. Z niektórymi utrzymywałem lepsze relacje, z niektórymi gorsze. Od każdego coś wyniosłem i mam nadzieję, że będzie to procentować w mojej dalszej pracy szkoleniowca.

 

Czy zdarzały się sytuacje, w których miał pan zupełnie odmienne zdanie od któregoś z trenerów. Dochodziło wtedy do zgrzytów między wami?

 

Ze współpracą było różnie. Niektórzy trenerzy byli autokratami i sami podejmowali decyzje np. o wyborze jedenastki na mecz. Inni brali pod uwagę tez moje zdanie, ale zawsze mieliśmy wspólny cel – dobro drużyny. Każdy trener chce żeby jego zespół wygrywał i zdobywał punkty. Nie jest to łatwe.

 

W 2015 roku zrobiło się głośno wokół pana osoby po tym, jak odszedł pan z Pogoni. Powodem miała być ingerencja zarządu w kwestie czysto sportowe. Czy mógłby pan opowiedzieć o tej sytuacji?

 

To nie do końca było tak. Klub przechodził ciężki okres, bo na cztery kolejki przed końcem mieliśmy siedem punktów straty do GKS-u. Musieliśmy zdobywać punkty, żeby utrzymać się w lidze. Po wygranym meczu z Miedzią Legnica przybliżającym nas do celu doszło do ostrej wymiany zdań z prezesem, ale nie chcę do tego wracać. Robiłem wszystko, aby grali najlepsi i żeby klub się utrzymał. Atmosfera była napięta. Doszło do tego, że zawodnicy grozili nawet strajkiem. Powiedzieli, że nie wyjdą na trening. Dla dobra klubu byłem skłonny wrócić na te ostatnie dwa mecze. Wszystko na szczęście dobrze się zakończyło.

 

Jaka była pana reakcja kiedy po zwolnieniu Adama Łopatko otrzymał pan propozycję objęcia Pogoni?

 

Kiedy zarząd podjął decyzję o zmianie trenera i mi powierzył tę funkcje pierwszą moją myślą było, że początek nie będzie łatwy. Pogoń czekały dwa bardzo ciężkie mecze wyjazdowe z Tychami i z Górnikiem Łęczna. Na szczęście zdobyliśmy w tych meczach cztery punkty i do następnych spotkań przystępowaliśmy z większą pewnością siebie.

 

Nie boi się pan, że to tylko kolejne, tymczasowe zastępstwo?

 

Być może tak będzie. Wiadomo, że w dużym stopniu ogranicza mnie brak licencji. Mam nadzieję, że wszystko się jednak ułoży.

 

Odkąd objął pan Pogoń wyniki drużyny są dobre: 3 zwycięstwa, 2 remisy i 1 porażka. Czy jest pan zadowolony z gry swoich podopiecznych?

 

Szkoda porażki z Miedzią. Co prawda to bardzo dobry przeciwnik, a zarazem faworyt ligi, który ma w swoich szeregach naprawdę znakomitych zawodników. W tym meczu wystąpiło aż siedmiu obcokrajowców. Uważam jednak, że zagraliśmy dobrą piłkę i byliśmy bliscy wywalczenia korzystnego wyniku. Do przerwy prowadziliśmy 2:1 i wydawało się, że po powrocie z szatni przeciwnik zacznie nas atakować większą ilością zawodników, a to pozwoli nam wyprowadzić zabójczą kontrę. Niestety wyszliśmy na drugą połowę i szybko straciliśmy bramkę z rzutu karnego po niepotrzebnym faulu. Przy wyniku 2:2 poniosła nas „ułańska fantazja”. Nie bez powodu nazywają nas siedlecką husarią. Poszliśmy ośmioma zawodnikami do przodu przy korzystnym wyniku z takim klubem jak Miedź. Tylko dwóch graczy zostało z tyłu, a to zakończyło się utratą trzeciego gola i przegraną w całym meczu. Zbieramy doświadczenia, uczymy się na błędach. Mam nadzieję, że w następnych pojedynkach będzie nam szło równie dobrze, a może nawet lepiej. Generalnie możemy być zadowoleni. Mamy za sobą pięć ciężkich meczów, m.in. z GKS Tychy, Górnikiem Łęczna. Trzeba powiedzieć, że naprawdę dobrze to wygląda, oprócz zremisowanego meczu z Olimpią Grudziądz, po którym nie byłem zadowolony z postawy drużyny. Co prawda zdobyliśmy jeden punkt, ale graliśmy słabo. Z kolei z Legnicą zagraliśmy dobrze a straciliśmy punkty, więc nasuwa się pytanie, czy lepiej grać słabo i zdobywać punkty, czy grać dobrze i te punkty tracić. Fajnie byłoby, gdybyśmy połączyli jedno i drugie, bo stać nas na to.

 

Strzelacie sporo bramek (12), ale też sporo tracicie (9). Na jakich elementach chciałby pan wobec tego skupić się na treningach? Czy najwięcej pracy czeka formację obronną?

 

Z tych statystyk wynika, że najwięcej pracy czeka formację defensywną. Cały czas trenujemy, ale to wymaga czasu. Nie da się wszystkiego zmienić jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Będziemy starali się eliminować błędy i grać coraz lepiej. Szczególnie skupimy się na tym, by utrzymywać koncentrację, która pozwoli nam na grę na zero z tyłu, tak jak chociażby w meczu z Chojnicami. Pojechaliśmy na boisko lidera, a jednak nie straciliśmy tam bramki. Graliśmy naprawdę dobry futbol, zakończony zwycięstwem.

 

Zadomowił się pan w Siedlcach. Czy planuje pan spędzić tam dłuższy czas, a może nawet zostać na stałe?

 

Zobaczymy. Pod Warszawą mam dom rodzinny. Siedlce są niedaleko, bo niecałe sto kilometrów od domu. Na pewno jest mi tam łatwiej prowadzić zespół niż gdziekolwiek w Polsce. To jest piłka nożna. Można snuć plany, a i tak wszystko weryfikuje życie. Dziś są wyniki, a jutro może ich nie być. W tym zawodzie człowiek nigdy nie wie co go spotka. Czuję się w Siedlcach bardzo dobrze. Mam tam wielu przyjaciół. Oby ta przygoda trwała jak najdłużej.

 

Czym zajmuje się pan pomiędzy treningami w Siedlcach? Ma pan jakieś hobby poza piłką?

 

Praca trenera nieco różni się od pracy piłkarza. Piłkarz przychodzi na trening, robi swoje, a potem ma czas dla siebie, dla żony, czy dziewczyny. Jeśli chodzi o pracę trenera to z wolnym czasem jest trochę gorzej. Bywa tak, że jestem w klubie już o siódmej rano. Trzeba zrobić analizy, przygotować treningi. Często przychodzę do pracy rano, a wychodzę późnym wieczorem z krótką przerwą na obiad. W wolnym czasie jeśli nie jadę do rodziny do Warszawy, czasem chodzę do kina, na kawę czy do galerii.

 

Do niedawna można było odnaleźć informacje na temat kariery piłkarskiej pana starszego syna. W pewnym momencie ślad po nich się urwał. Czy Tarachulski junior nadal podąża śladami ojca?

 

Mój starszy syn ma już trzynaście lat. Na początku wykazywał duże zainteresowanie piłką nożną i naprawdę miał predyspozycje. Był dobrze zapowiadającym się piłkarzem. Zdobywał nagrody dla najlepszego zawodnika w turniejach, ale z biegiem czasu zmienił swoje zainteresowania. Nie należę do "klubu oszalałych rodziców". Chcę żeby moi synowie robili to co lubią i w czym są najlepsi. Często rodzice przenoszą swoje niespełnione ambicje na dzieci wywierając na nich presję. Podchodzę do tego ze zdrowym rozsądkiem. Być może moi synowie zaczną jeszcze kiedyś grać i będę im kibicował. Wiem jednak z doświadczenia jaki to ciężki kawałek chleba.

 

Jakie drużyny do awansu i spadku z Nice 1. Ligi typuje trener Bartosz Tarachulski?

 

Liga w tym roku jest bardzo ciekawa. Różnice punktowe między czołówką, a dołem tabeli są bardzo niewielkie. Trudno jednoznacznie powiedzieć, kto spadnie. Wszystkie drużyny walczą, bo każdy punkt jest bardzo ważny. Jeżeli chodzi o awans typuję Miedź Legnicę, która poradziła sobie z nami, a to oznacza, że jest bardzo mocna (śmiech). Kluby takie jak Zagłębie Sosnowiec, GKS Katowice czy Podbeskidzie Bielsko-Biała pomimo tego, że są póki co daleko, mogą powalczyć o awans. Jeżeli jakiś klub trafi na serię trzech, czy czterech wygranych meczów może tak skoczyć w tabeli, że będzie blisko awansu.

 

A kto pożegna się z ligą?

 

Mam nadzieję, że nie Pogoń. Liczę, że nasza zdobycz punktowa pozwoli nam na spokojnie utrzymać się w Nice 1. Lidze. Obyśmy wygrywali i zamiast patrzeć na dół tabeli celowali