Poznałem go w Warnie, trzydzieści trzy lata temu. Miał zaledwie 17 lat i już na początku niezwykłej kariery był gwiazdą pierwszej wielkości. Urodzony w Bułgarii, w rodzinie tureckiej jako Naim Sulejmanow, w pewnym momencie, tak jak 900 tysięcy Bułgarów tureckiego pochodzenia za sprawą tzw. dekretu Todora Żiwkowa został zmuszony do zmiany nazwiska, na brzmiące bardziej swojsko. Tak więc został Naumem Szałamanowem, który pierwszy z 46 rekordów świata pobił mając zaledwie 15 lat, a mając szesnaście został wicemistrzem świata seniorów w Moskwie. Później jeśli wychodził na pomost już tylko wygrywał. Dlatego, gdy pytano czy boi się porażki odpowiadał, że on zna tylko kolor złoty, więc tylko taki medal go interesuje.

 

Wtedy w Warnie socjalistyczni siłacze mieli swoje igrzyska. Inni o olimpijskie trofea walczyli w Los Angeles, ale ci najwybitniejsi spotkali się w znanym bułgarskim kurorcie na brzegiem Morza Czarnego. Wiadomo było, że złote medale w lżejszych kategoriach padną łupem gospodarzy, a w cięższych sztangistów ze Związku Radzieckiego. Taki był w tamtych czasach układ sił. Podczas turnieju „Przyjaźń – 84” padło 33 rekordy świata, wiele z nich kosmicznych, nic dziwnego więc, że reportaż z tych niewiarygodnych zawodów zatytułowałem – „Ludzie z Marsa”.

 

W Warnie dziennikarze mogli jeszcze podglądać siłaczy na zapleczu, wchodzić do sali treningowej, patrzeć jak przygotowują się do występu. Pamiętam, że młody Szałamanow zachowywał się podczas rozgrzewki jak dobrze funkcjonujący automat. Zakładał na gryf coraz większe ciężary, obok stał legendarny trener Iwan Abadżijew i coś pokrzykiwał. Na twarzy młodziutkiego geniusza sztangi nie było śladu emocji. Najpierw rwanie, następnie podrzut. Ciężary jakie dźwigał na tej rozgrzewce były bardzo wysokie, wystarczające, by wygrać zawody. I wygrał je w wielkim stylu, podobnie jak kilku jego kolegów. Kiedy grano mu bułgarski hymn stał na najwyższym stopniu dumny z tego czego dokonał. Nagrody za sukces były olimpijskie:  samochód marki łada plus dziesięć tysięcy dolarów.

 

 Minęły dwa lata, i tym razem w Sofii podczas MŚ znów zobaczyłem zwycięskiego Szałamanowa. Nic się nie zmieniło, nie miał konkurencji. Ustanowił dwa rekordy świata, srebrnego medalistę wyprzedził o 45 kg.  Ale już wtedy słyszałem, że ma propozycję, by przenieść się do Turcji, kraju swoich przodków.

 

I tak też się stało. Miesiąc później wylądował w Ankarze na pokładzie prywatnego odrzutowca Turguta Ozala, ówczesnego premiera, a od 1989 roku prezydenta Turcji. To on został ojcem chrzestnym najsłynniejszego ciężarowca w historii tej dyscypliny, „Kieszonkowego Herkulesa” jak go nazywano.

 

Ucieczka z Australii, gdzie opuścił swoich bułgarskich kolegów podczas Pucharu Świata w Melbourne, który wygrał, to materiał na sensacyjny film. Wojnę agentów służb specjalnych wygrali tam Turcy, ich perfekcyjnie przygotowany scenariusz okazał się skuteczny. Bułgarscy agenci nie byli temu w stanie zapobiec.

 

Szałamanow ulotnił się w restauracji, gdzie przyszedł z bułgarską ekipą, tylnymi drzwiami w toalecie i został przewieziony żółtym datsunem do tureckiego domku kawowego w tym mieście. Kolejne etapy ucieczki to meczet, gdzie wtopił się w tłum modlących się Turków, następnie ambasada turecka w Canberze. Tam zapadły decyzje jak wyglądać będzie dalsza faza tej sensacyjnej akcji.  Ostatecznie mistrz sztangi poleciał do Londynu, a stamtąd, jak już pisałem, prywatnym odrzutowcem premiera do Ankary.

 

Bułgarzy walczyli o niego kilkanaście miesięcy, najpierw zawieszając na rok, a później grożąc, że nigdy nie zgodzą się na jego olimpijskie występy pod obcą flagą.

 

Pieniądze zrobiły jednak swoje. Za 1,2 mln dolarów zmienili zdanie.

 

I tak narodził się Naim Suleymanoglu, zdobywca trzech złotych medali olimpijskich (Seul – 1988, Barcelona – 1992, Atlanta – 1996) dla Turcji. Dla nowej ojczyzny wywalczył też pięć tytułów mistrza świata i sześć Europy. O czwarte olimpijskie złoto postanowił walczyć w Sydney (2000), ale trzykrotnie nie wyrwał sztangi ważącej 145 kg i odpadł z rywalizacji.

 

Pamiętam jeszcze jedno spotkanie z Suleymanoglu, był rok 1990, mistrzostwa świata w Budapeszcie. Naim w nich nie wystartował z powodu kontuzji kręgosłupa, choć prawdziwe przyczyny były chyba inne. Zjawił się jednak na specjalnie zwołanej w tym celu konferencji. Mówił, że poważnie myśli o zakończeniu kariery, ale słowa nie dotrzymał.

 

Dużo palił, nie stronił od alkoholu, ale nie był jedynym, dalekim od abstynencji mistrzem. Mówiono, że jest królem życia, milionerem, a zakochana w nim Turcja spełni każde jego żądanie, da mu tyle złota ile potrzeba. Ale szczęśliwym człowiekiem chyba nie był.

 

Ostatnio było o nim cicho, sukcesy poza pomostem nie były mu pisane. Dopiero teraz wiemy, że cierpiał na marskość wątroby, że konieczna była transplantacja, a problemy które wystąpiły po przeszczepie przyczyniły się do jego śmierci. Zmarł w szpitalu w Stambule w minioną sobotę, w wieku 50 lat. Takiego mistrza jak on szybko nie będzie.