Z jaki nadziejami reprezentacja piłkarek ręcznych jedzie na mistrzostwa świata?

Naturalnie, nadzieje są zawsze duże. Jesteśmy sportowcami, więc stawiamy sobie ambitne, wysokie cele. Chcielibyśmy wygrywać wszystko, co jest możliwe. Zbierać punkty, żeby awansować do kolejnej rundy, wyjść z grupy z miejsca 1-4. Na dziś to plan minimum.

Poprzeczkę oczekiwań podwyższył niedawny turniej w Rumunii, w którym pana drużyna pokonała mistrza świata sprzed czterech lat Brazylię, brązowego medalistę ostatniego mundialu Rumunię i Macedonię.

Musimy bardzo ostrożnie to wszystko interpretować. Z jednej strony rozbudziliśmy trochę apetyty. Zawodniczki w zespole różnie na to reagują. Te bardziej doświadczone zauważają, że potrafimy grać w piłkę. Tym z mniejszym stażem towarzyszy, być może, zbyt duża euforia. Musimy jednak mocno stąpać po ziemi i bardzo realnie oceniać te szanse. Z pewnością to były zwycięstwa, które dały nam przekonanie, że potrafimy grać w piłkę, i to z dobrymi zespołami.

- W Niemczech czekają nas jednak zawody o coś, a nie tylko turniej o charakterze testu. Do każdego spotkania będziemy przystępować naprawdę mocno zmobilizowani, oczywiście z chęcią zwycięstwa. Jeśli uda nam się pokazać to, co zaprezentowaliśmy w Rumunii, to być może sprawimy jakąś niespodziankę.

Przed rokiem, gdy objął pan reprezentację, mówił pan o konieczności jej odmładzania, by w cyklu olimpijskim przygotować optymalny zespół na igrzyska w Tokio 2020. Na jakim etapie przebudowy jest drużyna. Proporcje doświadczenia i młodości już są właściwe?

Trudno powiedzieć. Myślę, że ten rok dał mi lepsze rozeznanie co do możliwości zawodniczek. Udało się wyselekcjonować te piłkarki, które pasują do koncepcji, sprawdzają się w pewnych sytuacjach. To było istotne. Natomiast jest to ciągle młody zespół. Proszę zauważyć, że na mistrzostwa świata pojedziemy bodajże z ośmioma debiutantkami w imprezie tej rangi. Proces odmładzania reprezentacji jeszcze trwa, ale dzisiaj jesteśmy w jej budowaniu dalej niż rok temu.

Zrezygnował pan z etatu w klubie z ligi niemieckiej, by poświęcić się wyłącznie pracy z kadrą narodową. To też świadczy o determinacji w dążeniu do celu.

Nie wstydzę się mówić o moich marzeniach. Ja naprawdę bardzo chcę, by moje podopieczne wystąpiły w 2020 roku na igrzyskach olimpijskich i temu trzeba podporządkować bardzo wiele. Pracując w Oldenburgu nie miałem tak dobrej orientacji. Dzięki temu, że mam teraz więcej czasu pojawiam się w polskich halach, odwiedziłem kilka ośrodków piłki ręcznej. Oglądam nie tylko reprezentantki, ale i te zawodniczki, które trafią do kadry za kilka lat.

- Miałem okazję być w słynącym z dobrej pracy z młodzieżą Ryjewie, miejscu z którego wywodzi się kilka dzisiejszych kadrowiczek, prowadziłem zajęcia z uczennicami Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Płocku. Bywam wszędzie, gdzie żeńska piłka ręczna jest w centrum uwagi, by mieć większe rozeznanie w tym, co dzieje się w kraju. Ten czas jest dla mnie wartościowy i ważny.

Ma już pan w kadrze przyszłe „perełki”, zawodniczki które zastąpią dzisiejsze liderki, jak Karolina Kudłacz-Gloc?

Nie ma na razie sensu zastępować Karoliny. Tych „perełek” mam tutaj na zgrupowaniu 17, a jeszcze parę w zanadrzu. Mogę powiedzieć, że jest ich cała masa. Kiedyś zrobimy z nimi wspólnie fajną kolię.