Szyk zdania w obu odpowiedziach nie pomieszał się przypadkiem. Chodzi mi o podkreślenie tego, co w odniesieniu do konkretnego meczu najważniejsze. Polki są w stanie wygrać z bardzo mocnym rywalem, bo mają w składzie kilka zacnych indywidualności. Nie bardzo mają możliwość, by świetne mecze rozgrywać regularnie, a tym bardziej dzień po dniu, właśnie dlatego, że tych znakomitości jest ledwie kilka. Ot, cała tajemnica.
 
Po porażce z Czeszkami reprezentantki Polski bardzo starannie ważyły słowa. – Zagrałyśmy tak, jakby odcięło nam prąd. Od samego początku nie byłyśmy tak bardzo skoncentrowane i nie wyszłyśmy z taką energią, jak wczoraj. Mecz ze Szwecją dał nam się we znaki. Poszłyśmy spać dopiero około godziny drugiej w nocy, rano musiałyśmy wstać i dość szybko rozegrać kolejne spotkanie. Sytuacja trudna, ale w żaden sposób nie możemy się nią tłumaczyć - mówiła Karolina Kudłacz-Gloc. - Zmęczenie meczem ze Szwecją nie może być dla nas usprawiedliwieniem – wtórowała jej Katarzyna Janiszewska.

A moim zdaniem, dziewczyny mają pełne prawo tak się tłumaczyć. Ledwie kilkanaście godzin po takim meczu, jak ze Szwecją rozegrać kolejne 60 minut na takim poziomie, na takiej intensywności, to zadanie trudne dla każdej reprezentacji świata. Nawet dla takiej, która dysponuje mocną i - słowo klucz: wyrównaną - szesnastką zawodniczek. A Polska takiej nie ma.

Kudłacz-Gloc - Achruk - Kobylińska w drugiej linii, Drabik na kole plus bramka (w tym turnieju na razie tylko Płaczek, choć wierzę, że Gawlik
będzie jeszcze miała swój mecz). Ze skrzydłami bywa różnie, na szczęście w niemieckim mundialu, dzięki Grzyb i Janiszewskiej, jest zaskakująco dobrze. I tyle.

Udało się uzbierać siedem nazwisk. Niby więcej jednocześnie na boisku się nie zmieści, ale jedną siódemką trudno wygrać mecz, a co dopiero turniej. Jasne, w pierwszym meczu dobrą zmianę dała Ewa Urtnowska, próbki (maleńkie) talentu (dużego) pokazała Romana Roszak, ale to zdecydowanie za mało.

Aleksandrę Zych i Sylwię Lisewską Leszek Krowicki wziął na mistrzostwa z pełną premedytacją; chciał mieć i z lewej, i z prawej strony rozegrania zawodniczkę, która w razie potrzeby będzie mogła oddać potężny rzut nawet z ponad dziesięciu metrów. W starciach z Czeszkami i Szwedkami Zych nie pojawiła się jednak na parkiecie nawet na chwilę; Lisewska uzbierała ledwie dziewięć minut, w trakcie których oddała dwa rzuty (oba niecelne) i zanotowała dwie straty.

Błędy w selekcji? Można dyskutować nad jednym czy drugim nazwiskiem, ale bądźmy poważni - trener Krowicki nie zostawił przecież w Polsce rozgrywających klasy Kudłacz-Gloc czy Achruk ani obrotowych lepszych od Drabik. Taki jest stan posiadania polskiej piłki ręcznej.

Gwarancję gry na najwyższym poziomie daje kilka Polek. Trzeba życzyć im, by były w stanie tak grać jak najczęściej; nie można wymagać, by grały tak zawsze. I nie chodzi tylko o przygotowanie fizyczne, bo też nasze reprezentantki to nie tylko zawodniczki. To ludzie. Z prawem do gorszego dnia, do chwili słabości. A specyfika polskiej drużyny polega na tym, że jeżeli słabszy moment przytrafi się którejś z liderek - nie bardzo ma ją kto zastąpić.

Dobrze, że i z Norweżkami, i z Węgierkami zagramy po dniu przerwy. Bo obawiam się, że przynajmniej jeden punkt będzie nam w tych meczach bezwzględnie potrzebny. Wbrew krążącej tu i ówdzie opinii dwa zwycięstwa - to już odniesione ze Szwecją, i to planowane z Argentyną - wcale nie gwarantują awansu. Bardzo możliwe, że na koniec zmagań w grupie B będziemy mieli dwa, może nawet trzy zespoły z czterema punktami. W zależności od rozstrzygnięć w kolejnych meczach, z takim bilansem mogą skończyć Czeszki, mogą Węgierki, mogą Szwedki. I oczywiście Polki. A wtedy dla kogoś z dwiema wygranymi i czterema punktami w dorobku zabraknie miejsca w 1/8 finału...

No dobrze, nie chcę już ciągnąć tego wątku, nie chcę zapeszać. Zresztą i tak trudno się pisze z zaciśniętymi kciukami. A właśnie zaczynam je trzymać za nasze zawodniczki w starciu z wielką Norwegią. Żeby była jasność: za wszystkie nasze zawodniczki. I za znakomite liderki, i za ambitne zmienniczki.