Głosuj na Adama Kszczota w 83. Plebiscycie „PS” na Sportowca Roku

Walczak. To jedno słowo idealnie pasuje do Adama Kszczota. Gdy inni już zwieszają głowy, on włącza szósty bieg. I finiszuje w piorunującym tempie. Na ostatnich stu metrach biegu na dwa okrążenia mało kto jest w stanie dorównać mu kroku. W finale mistrzostw świata w Londynie wyprzedził go tylko Francuz Pierre-Ambroise Bosse. Polak po raz drugi z rzędu zdobył srebrny medal. Stanąć dwa razy z rzędu na podium światowego czempionatu na tym dystansie to rzadka sztuka.

Został jeden wagonik

„Macie pampersy zmienione?” – Kszczot zaczął rozmowę z polskimi dziennikarzami w mix zonie po finiszu, który dał mu tytuł wicemistrza świata. Nie ceregieli się z rywalami na bieżni, nie owija w bawełnę również w rozmowie z przedstawicielami mediów. A pampersy co mniej odpornym nerwowo rzeczywiście mogły się przydać, gdy patrzyli na finał w Londynie. Ten bieg wyzwolił we wszystkich mnóstwo emocji. Ale... najlepiej niech o nim opowie Kszczot.

– To trudne wyzwanie, kiedy widzi się zegar, który pokazuje, że pierwsze dwieście metrów jest szalenie szybkie, trzysta metrów tak samo. Za chwilę chłopaków zaczyna ścinać. To daje wiele do myślenia, czy może już przyspieszać, czy może zachować trochę sił. Jedyne czego żałuję, to tego, że nie byłem trochę bliżej czuba dwieście metrów przed metą. Grupa się rozerwała i nie zdążyłem skontrować. Wtedy prawdopodobnie powalczyłbym o złoty medal. Chociaż.... Gdybym wcześniej zaatakował, mogłoby mi zabraknąć sił. Żałuję, że nie zrobiłem tego 180 metrów do mety, bo zacząłem porządnie się rozpędzać 150 metrów przed finiszem. Zbierałem siły na jeden solidny atak i na ostatniej prostej mijałem ich jak furmanki. Został jeden wagonik z przodu. Pierre Bosse lepiej się odnalazł w tej sytuacji. Ale, hej, jestem dwukrotnym wicemistrzem świata! Niewielu zawodników powtarza medal. To piękne uczucie – uśmiecha się szeroko wicemistrz świata.

Medal zadedykował żonie, Renacie, która wówczas była w siódmym miesiącu ciąży. W październiku urodził im się Ignacy.

Lubi koty i szybkie auta

Kszczot jest szalonym biegaczem. Szybkim i pewnym siebie. Wierzy w swoją moc w końcówce.

– Żeby być dobrym 800-metrowcem, trzeba mieć mocne ostatnie dwieście metrów. Ja oszczędzam energię przez większość dystansu, po to, żeby być szybszym od rywali na finiszu – podkreśla. – To niełatwa sztuka. Wszystko wypracowuje się podczas ciężkich obozów. Tam nieraz zdarzało mi się wymiotować za metą. Od paru lat trudniej mi się doprowadzić do tego stanu, bo przygotowania inaczej wyglądają, ale trening jest piekielnie ciężki. Jestem masochistą. Nikt normalny tak nie trenuje. Gdy idę na trening, wiem, że będzie ciężko, że może się porzygam, ale cieszę się z tego, bo wiem, że potem będą efekty. Poza tym osiemset metrów to ruletka. Gdy ktoś za szybko ruszy, odciska to piętno na ostatnich stu metrach.

Kszczot w tym roku nie tylko zdobył srebro mistrzostw świata. W marcu podczas halowych mistrzostw Europy w Belgradzie z łatwością zwyciężył. To jego trzeci złoty medal tej imprezy. W sumie ma już dziesięć medali w mistrzowskich imprezach – w hali i na stadionie. Nadal ma wielkie ambicje. Stał na podium mistrzostw świata i Europy, ale nie biegł w olimpijskim finale. Ta sztuka nie powiodła mu się ani w Londynie w 2012 roku, ani w Rio de Janeiro w 2016. Dlatego bardzo chce medalu w Tokio w 2020 roku. A w przyszłym roku celuje w złoto halowych mistrzostw świata w Birmingham i mistrzostw Europy na stadionie w Berlinie.
Kszczot nie samym bieganiem żyje. Ma także niezwykłe hobby. Są nim koty. Ma cornish rexy.

– To takie dziwne kotki, które nie wyglądają jak koty – śmieje się. – Wszyscy przy pierwszym spotkaniu mówią, jakie są brzydkie, ale potem zaczynają się ludziom podobać.

Drugie hobby szybkobiegacza to tak zwane muscle cars, czyli samochody o potężnych silnikach. Sprowadza je z USA i przerabia. Obecnie jest właścicielem Dodge'a Challengera. – Cieszę się motoryzacją i dźwiękiem silnika, ale za kierownicą nie szaleję. Wolę to robić na bieżni – kończy z uśmiechem.