Ciężary bez Rosjan, Ukraińców, Chińczyków, Azerów, Turków, czy to możliwe ? A przecież w Kalifornii nie było też Białorusinów, Kazachów, Ormian i sztangistów z Mołdawii. 

 

O tym, że czasy w których na pomoście rządzili siłacze ze Związku Radzieckiego do spółki z Bułgarami należą do przeszłości wiemy od dawna. Podobnie jak o tym, że kilkukrotne zmiany kategorii wagowych miały na celu ukrycie dawnych rekordów, które ustanawiano przy niezbyt wnikliwej (delikatnie mówiąc) kontroli dopingowej.


Ale tak naprawdę niewiele się zmieniło. Liczby nie kłamią. Trzydzieści odebranych medali za igrzyska w Pekinie (2008) i Londynie (2012) boleśnie pokazują skalę problemu. Podnoszenie ciężarów znów, tak jak przed laty, stoi nad przepaścią, a jeśli wypadnie z programu olimpijskiego, nic już tej dyscypliny nie uratuje.


Dlatego władze podejmują próby walki wierząc, że położą kres dopingowej epidemii. Tyle że kiedyś karano dożywotnimi dyskwalifikacjami, a teraz co najwyżej kilkuletnimi. Czasowe wykluczanie krajowych związków z międzynarodowej rywalizacji też nie jest niczym nowym. Polska w 1993 roku już tego doświadczyła. Nasi sztangiści nie polecieli na mistrzostwa świata do Melbourne.


W Anaheim zabrakło sztangistów z dziewięciu krajów. Roczna dyskwalifikacja kończy się jednak przed kolejnymi mistrzostwami świata. Najlepsi mogą w tym czasie wyleczyć urazy, „wyczyścić” organizm i dobrze przygotować się do prestiżowej imprezy, by znów spróbować stanąć na podium.


Brak potentatów wykorzystali w Kalifornii siłacze z głębokiego cienia. Stąd wielkie sukcesy zawodniczek i zawodników z Tajlandii, którzy wygrali klasyfikację medalową, medale Kolumbijczyków i Kolumbijek, Wietnamczyków, siłaczy z Egiptu, USA, Nowej Zelandii, Chile i Ekwadoru. W normalnej rzeczywistości nie byłoby ich na podium. Reprezentująca Nową Zelandię, srebrna medalistka w najcięższej kategorii, Laurel Hubbard, jeszcze cztery lata temu była mężczyzną. Gavin Hubbard, syn byłego gubernatora Auckland podnosił ciężary bez większych sukcesów, choć miał na swoim koncie juniorskie rekordy Nowej Zelandii. Dziś, już jako kobieta, ma tytuł wicemistrzyni świata.


Ale są też w tym gronie prawdziwi giganci sztangi. Irańczyk Sohrab Moradi i Gruzin Łasza Tałachadze, to złoci medaliści z Rio de Janeiro, siłacze wybitni. Obaj pobili po dwa rekordy świata, Moradi rekord w podrzucie (233 kg) odebrał Szymonowi Kołeckiemu.


23 letni Tałachadze jest chyba jeszcze większym fenomenem. W Anaheim sięgnął po trzecie mistrzostwo świata, w jego rodzinnej Gruzji tylko Georgi Asanidze ma więcej tytułów, bo pięć.


Łasza Tałachadze na kalifornijskim pomoście wyrwał 220 kg, bijąc własny rekord o 3 kg.


Pamiętam w latach osiemdziesiątych rekordowe wyczyny Bułgara Antonio Krastewa w rwaniu, w Sofii (1986 – 215 kg) i Ostrawie (1987 – 216 kg). I przypominam, że walkę z dopingiem traktowano wówczas w dużej mierze wybiórczo. To nawet jak na tamte czasy były rekordy z Marsa, które miałby już zostać na zawsze.


A Tałachadze rozprawia się z nimi za każdym razem jak tylko wyjdzie na pomost. Jego nowy rekord w dwuboju (477 kg) jest lepszy od kosmicznego osiągnięcia Leonida Taranienki (475 kg) z 26 listopada 1988 roku, kiedy to Białorusin startujący w barwach ZSRR wygrał Puchar Świata rozgrywany w Canberze .


Szymon Kołecki mówi, że Łasza Tałachadze będzie pierwszym, który podniesie w dwuboju pół tony. Dziś to grzmi jak kiepski żart, ale nasz mistrz olimpijski nie żartuje, wie co mówi.


Na koniec kilka słów o Polakach, którzy w Kalifornii przypomnieli, że wciąż potrafią dźwigać. Srebrny medal Krzysztofa Zwarycza i dwa piąte miejsca Joanny Łochowskiej (53 kg) i Arkadiusza Michalskiego (105 kg) dają nadzieję w tej nowej, miejmy nadzieję , rzeczywistości na lepszą przyszłość.