Inne

Wielki rok Lewandowskiego! Głosuj na kapitana...

Wśród tyczkarzy jest najwyższy i najcięższy na świecie. Prywatnie – poukładany, serdeczny i z sercem na dłoni. Dla Piotra Liska sezon 2017 był najlepszy w karierze. Trzy wielkie sukcesy dały mu miejsce w gronie 20 najlepszych sportowców w Polsce.
 
 
Rekord w centrum handlowym
 
Wygrywać zaczął już zimą, i to spektakularnie. 4 lutego w Poczdamie Lisek jako pierwszy w historii Polak przeskoczył magiczną w jego konkurencji granicę sześciu metrów. Pod jego adresem popłynęła rzeka gratulacji. Skoczek przyznał później, że nie byłby w stanie zliczyć wszystkich telefonów, SMS–ów i internetowych wiadomości z wyrazami uznania, podobnie jak nie wie, ilu dziennikarzy prosiło go wówczas o wywiad. Klubowa koleżanka Monika Pyrek tuż po rozegranym w centrum handlowym konkursie napisała, że płacze z radości. Mistrzyni świata z 2009 roku Anna Rogowska stwierdziła, że na widok takich skoków „serce rozpływa się jak masełko”. Najlepiej zareagował jednak Paweł Wojciechowski, mistrz świata z 2011 roku, który po sześciu latach stracił rekord Polski. Zapytał: – „Piotrek powiedz mi, czy na tej wysokości jeszcze da się oddychać?”.
 
Wojciechowski paradoksalnie też skorzystał na osiągnięciu Liska. W męskiej kadrze tyczkarzy, jak kiedyś wśród pań, doczekaliśmy dwóch zawodników klasy światowej, ale starszy w duecie bydgoszczanin po pierwszym szczycie formy przeżywał kryzys. – Piotrek mi coś odebrał i zrobię wszystko, żeby rekord wrócił w moje ręce – mówił nam w lipcu, tuż po tym, gdy i jemu udało się w Lozannie poprawić rekord życiowy. – Nasza rywalizacja na polskim podwórku daje same plusy. My się świetnie nawzajem mobilizujemy.
 
Medalowy hattrick
 
Przed mistrzostwami świata w Londynie mówiło się, że Wojciechowski ma większe szanse na medal. Chociaż to Piotr miał pierwszy wynik na listach światowych i jeszcze świeży tytuł mistrza Europy z Belgradu, Paweł skakał i mierzył coraz wyżej. Miał zdrowie, spokojną głowę i poukładaną technikę. – Jestem mocny – powtarzał na potwierdzenie przed wylotem do Anglii.
 
Lisek większą część przygotowań przechodził w niepewności. Bywało, że przez zgubione na lotniskach tyczki skakał w zawodach na sprzęcie znalezionym w stadionowym garażu. Wierzący w dziwne zbiegi okoliczności mogliby uznać, że to fatum, bo gdy zimą seryjnie zaczęły się pod nim łamać, uznał z trenerem, że musi zmienić producenta. Dotychczasowy nie dawał mu gwarancji bezpieczeństwa. W normalnych przypadkach sprzęt dostępny na rynku nie powinien pękać pod skoczkiem, ale 25–latek normalnym przypadkiem nie jest. Mierzy niemal dwa metry i waży około stu kilogramów, co daje mu niepisany tytuł największego olbrzyma w światowej czołówce. Potrzebuje tak twardych i mocnych egzemplarzy, że część rywali – gdyby chciała je wypożyczyć – prawdopodobnie nie byłaby ich w stanie nawet wygiąć.
 
Londyn był dla obu szalonymi mistrzostwami. Niepewny swego Lisek niespodziewanie przeskoczył 5,89 metra i sięgnął po srebro. Licząc z halowymi MŚ w Portland, był to jego trzeci z rzędu medal najważniejszej imprezy IAAF. – To był najbardziej intensywny konkurs pod względem emocjonalnym, w jakim brałem udział – przyznał później. Wojciechowski skończył na piątym miejscu.
 
– Paweł ma chłodną głowę, a Piotrek jest za to równy – ocenił zawody na łamach „PS” wrocławski trener Dariusz Łoś. Jednym z kluczy do sukcesu miał być brak zrzutek na niższych wysokościach. Wprawdzie to Liskowi zdarzyła się taka wpadka – dwa razy strącał 5,65 m – ale gdy przeniósł próbę z 5,82 na 5,89, zachował się jak profesor. Stanął, wziął głęboki wdech i wydał słyszalny na całym stadionie, charakterystyczny dla siebie okrzyk motywacji. Przefrunął nad poprzeczką bez dotknięcia. – Lubię sobie czasem ryknąć. Szaleństwo bardzo w naszej robocie pomaga.
 
Musi mierzyć w rekord świata
 
Nasza plebiscytowa nominacja dla Liska to dowód uznania temu, że jako wciąż młody tyczkarz dołączył w swojej specjalności do grona najlepszych Polaków w historii. Gdyby wygrał, ten przesympatyczny człowiek byłby pierwszym tyczkarskim Sportowcem Roku od 37 lat. Ostatnim, którego w ten sposób docenili kibice, był obchodzący wczoraj urodziny Władysław Kozakiewicz – właściciel ostatniego brakującego Liskowi trofeum.
 
– Z Piotrkiem od dawna jest tak, że jak się już wszystkim wyda, że osiągnął swój szczyt możliwości, to skacze jeszcze wyżej i osiąga jeszcze więcej. Ma tak silną motywację wewnętrzną i taki charakter, że sześć metrów to w jego przypadku wcale nie koniec. Na igrzyskach w Tokio na pewno można się po nim spodziewać walki o złoto – uważa mistrz Europy z Amsterdamu Robert Sobera. – „Szóstka” w igrzyskach i byłbym spełniony, nieważne, które dałoby to miejsce – zdradza swoje marzenia Lisek. – Musimy stawiać sobie kolejne cele, żeby iść do przodu. Kto by nie chciał zostać trenerem rekordzisty świata? – wymsknęło się trenerowi Marcinowi Szczepańskiemu.
 
LICZBY:
 
11 centymetrów lepszy rekord życiowy Lisek osiągnął w hali. Najlepiej na stadionie skoczył dotychczas w finale MŚ w Londynie.
 
4. miejsce to najlepszy rezultat Liska w igrzyskach olimpijskich. W Rio de Janeiro do brązu zabrakło 10 cm.
Sylwetka Piotrka Liska będzie prezentowana także we Fleszu Sportowym na Polsat Sport News w godzinach 12-20.