W obecnym czasach zwycięstwo polskiego zespołu siatkarskiego nad zagranicznym gigantem nie budzi już tak wielkiego zaskoczenia. W poprzedniej dekadzie bywało z tym trochę inaczej. Śmiało można powiedzieć, że prawdziwy „boom” na siatkówkę w naszym kraju powstał w 2006 roku po zdobytym wicemistrzostwie świata przez naszych reprezentantów. Rok później, 19 grudnia 2007 roku do Częstochowy zawitała naszpikowana gwiazdami Iskra Odincowo z legendarnym Gibą w składzie, aby rozegrać mecz w ramach rozgrywek Pucharu CEV.

To było wielkie wydarzenie dla polskiej siatkówki, bowiem o rosyjskim klubie mówiło się wówczas, że to siatkarski Real Madryt. Wystarczy przytoczyć nazwiska, które wówczas reprezentowały Iskrę – Giba, Pavel Abramow, Aleksji Verbov, Aleksji Kuleszov, Jochen Shoeps, a trenerem był Zoran Gajić, który rok wcześniej  wespół z prowadzoną przez niego reprezentacją Rosji musiał przełknąć gorycz porażki z Polakami na mundialu w Japonii. Nie mniejsze rozczarowanie przeżył pod Jasną Górą.

To była 1/8 finału rozgrywek Pucharu CEV. W pierwszym starciu obu drużyn Iskra gładko wygrała u siebie z AZS-em bez straty seta, nie pozwalając rywalom na nawiązanie walki. - Jechaliśmy z pozytywnym nastawieniem. Pamiętam jak dziś, że w szatni mówiłem chłopakom, żebyśmy zagrali dobry mecz, powalczyli, ale jak wyszliśmy na parkiet i zaczęło się od 7:1 dla gospodarzy, to już nasze nadzieje prysły (śmiech). Zaraz po meczu powiedziałem chłopakom, że to jest dopiero pierwszy mecz. Mamy rewanż u siebie, z pewnością przyjdzie sporo ludzi i będą nas dopingować. System nam sprzyjał, bo nie trzeba było w rewanżu wygrać 3:0, aby grać złotego seta. Wystarczyło po prostu wygrać spotkanie, żeby doprowadzić do tej decydującej partii – zaznacza Panas.

19 grudnia 2007 roku został zaplanowany rewanż w częstochowskiej Hali Polonia. Bilety wyprzedały się w mgnieniu oka, zainteresowanie było olbrzymie, wszak każdy chciał zobaczyć na żywo gwiazdy światowej siatkówki z Brazylijczykiem Gibą na czele. - Wiedzieliśmy już przed meczem, że na trybunach zasiądzie nadkomplet publiczności. W szatni powiedziałem chłopakom, że ten doping ich poniesie. Ta hala dudniła jeszcze przed wyjściem na rozgrzewkę, także niewiele trzeba było mówić. Ludzie potrafili na jednym krześle stać, nie mówiąc o siedzeniu, bo szkoda było marnować miejsce (śmiech) – wspomina ówczesny trener akademików.

W AZS-ie nie brakowało wtedy znakomitych zawodników. Świeżo upieczony wicemistrz świata z Japonii, Piotr Gacek, rutynowany Robert Szczerbaniuk oraz Krzysztof Gierczyński, a także tacy siatkarze jak Paweł Woicki, Brook Billings, czy wchodzący dopiero do dorosłej siatkówki Piotr Nowakowski stanowili o sile sześciokrotnych mistrzów Polski. Każdy z nich zagrał mecz życia. Do dziś wszyscy wspominają ostatnią akcję tego spotkania na wagę awansu do kolejnej rundy. - Każdy z wyjściowego składu zagrał naprawdę wspaniały mecz. Trzeba też wspomnieć o rezerwowych, którzy coś wnieśli. Krzysiek Wierzbowski, który zrobił asa na Gibie i potem przez lata było takie stwierdzenie, że to ten, który „ustrzelił Gibę”. Wszyscy dołożyli cegiełkę do tego zwycięstwa. Pamiętam do dziś jak Piotrek Nowakowski wybronił po skosie atak Abramova i potem Marcin Wika wykorzystał kontrę. Dla Piotrka to była jedna z nielicznych udanych obron w jego karierze, a z pewnością jedna z najważniejszych (śmiech) – twierdzi Panas.

Po ostatniej piłce w Hali Polonia zapanowała euforia, bowiem konstelacja gwiazd i zespół, który miał w cuglach wygrać te rozgrywki poległ z polską drużyną. - Ależ niesamowita sprawa, ależ to jest nieprawdopodobna rzecz. Został wyeliminowany jeden z najlepszych zespołów na świecie! - krzyczał komentujący to spotkanie Tomasz Swędrowski na naszej antenie. - Przygotowywany, żeby być takim zespołem. Już na pewno w tym roku nie odegra roli w tym pucharze. Nasza siatkówka klubowa osiąga naprawdę duży wynik. Upokorzeni wielcy Rosjanie, upokorzony trener Gajić – wtórował mu Wojciech Drzyzga.

Wielka Iskra Odincowo zgasła w Częstochowie. W kolejnych latach wielokrotnie zjawiała się w Polsce, aby rywalizować z polskimi drużynami w europejskich pucharach. Wielu jednak będzie pamiętać to pierwsze starcie, w którym rosyjski dream team został brutalnie sprowadzony na ziemię.