Tomasz Lorek: Zahartowały Was trudne warunki, z jakimi zmagaliście się w latach 90-tych, gdy zaczynaliście swoją przygodę z tenisem? Już wtedy Łukasz Kubot, o którym mówi się, że to ekstremalny profesjonalista, taki był? Czy wtedy jednak freestyle?
 
Mariusz Fyrstenberg: Jemu wystarczy dać rakietę i może z nią spać pod gołym niebem. Jegi sukces polega też na tym, że dla niego nie są ważne warunki, w jakich żyje. On nie musi spać w najlepszych hotelach podczas turniejów, równie dobrze mógłby to być namiot albo wolna przestrzeń pod wiaduktem. Łukasz jest bardzo skoncentrowany na tenisie, po drugie to bardzo twardy gość. Wychowywaliśmy się w czasach, gdy u nas nie było takich warunków, jak na zachodzie. Gdy wchodzilismy o szczebel wyżej, to było takie "wow". Ja osobiście się irytuję, gdy zawodnicy narzekają na warunki w jakich trenują. Także Łukasz jest owocem takiego po PRL-owskiego środowiska tenisowego, gdzie nie było sprzętu, korty były zaniedbane, było mało wyjazdów. Uważam, że dzięki temu osiągnął to, co osiągnął.
 
Schronisko górskie w Tasmanii, brak prowiantu - to dla Kubota idealne warunki, żeby spać?
 
Bez prowiantu, bez niczego - dwa dni w górach na pewno dałby sobie radę.
 
Czyli taki Ilija Bozoljac - pod Belgradem, sześć tygodni bez prądu, bomby spadają...
 
Poznałem Łukasza, gdy miał 14 lat, byliśmy na turnieju w Danii. Już wtedy był bardzo skoncentrowany, aż się zdziwiłem. Oprócz tego, że nazywał się Kubot, to miał też klapki "Kubota". Pokazywał wtedy charakter, jeszcze nie wygrywał meczów, ale walczył bez względu na wynik. Co punkt krzyczał, wydzierał sie i to było ekstra. Od tamtego czasu się nie zmienił, może z wyjątkiem tego, że nie wydziera się na Wielkim Szlemie. Przełożył jednak tę energię na koncentrację, walkę z własnymi słabściami i z przeciwnikiem.
 
Fascynacja Łukasza Kubota szkołą czeską to jet dobry kierunek, który mogą też obierać młodzi adepci?
 
Uważam, że to nie tylko świetny kraj, w którym można rozwijać swoje umiejętności, ale dla Łukasza jest też idealny, bo jego technika gry - uchwyty, zamachy, lepszy backhand niż forehand - wszystko to definiuje czeski tenis. Jest w tym trochę przypadku, ale on rzeczywiście też wzorował się na Stepanku, Berdychu, Novaku. Wyjazdy do Czech to był najlepszy ruch w jego karierze i dzięki temu tak się wybił.
 
Grałeś z Marcinem Matkowskim w 2011 roku w finale Masters oraz US Open. Domyślasz się, jakie emocje targały Łukaszem, gdy wznosił trofeum za zwycięstwo w Australian Open oraz Wimbledonie?
 
Mogę się domyślać, bo Wielkiego Szlema nigdy nie wygrałem... ale przy każdym triumfie te emocje są takie same. Gdy patrzy się na Łukasza, który podnosi trofeum, to każdy myśli: "Ale ma fajnie. Zarobi sporo pieniędzy, zwiedzi kawał świata, pozna ludzi". To absolutnie nie jest prawda. Przez 20 lat nie zarabiasz ani grosza, tylko trenując. Do tego w wieku 17, 18 lat pojawia się presja rodziny, która każe wybierać między nauką a sportem. Lata lecą, pojawiają sie myśli czy dobrze się wybrało, przy czym nie ma odwrotu dla zawodnika, który poświęcił wszystko. Brzydko mówiąc - można zmarnować sobie życie. Presja jest wielka. Gdy podnosi się puchar wreszcie emocje wychodzą na zewnątrz. Kariera jest jak mecz - podzielona na wzloty i upadki, od ekstremum do ekstremum. Na pewno Łukasz Kubot miał w swojej karierze trzy czy cztery momenty, że był blisko zakończenia uprawiania tenisa. Dlatego wznoszenie treofeum jest też triumfem nad swoimi słabościami, presją, nerwami. A najprzyjemniejszy mment przychodzi, gdy już jesteś z tym pucharem w szatni i mówisz sobie: "Spełniłem się".
 
Jakie, zdaniem Fyrstenberga, są żarty Andy'ego Murraya? Co różni deblistów od singlistów? Odpowiedzi na te i inne pytania w załączonym materiale wideo.