Inne

Gatlin znów uwikłany w doping

To była akcja, której nie powstydziłby się scenarzysta kasowego filmu sensacyjnego; reporterzy „The Daily Telegraph”, udając producentów filmowych, zaoferowali 250 tys. dolarów ludziom ze sztabu szkoleniowego amerykańskiego sprintera, by sprzedali im środki, które pozwolą upodobnić jednego z aktorów do zawodowego sportowca. Agent biegacza, Robert Wagner, zaproponował bez wahania środki stymulujące, potwierdził, że jego podopieczny nadal stosuje zakazane medykamenty, a trener Dennis Mitchell dodał od siebie, że zna sposoby, jak poprzez inne środki zażywane przez klienta uniknąć wpadki przy ewentualnej kontroli.

 

35-letni Gatlin, który dwukrotnie dyskwalifikowany był za twardy doping i tylko dzięki współpracy z organizacjami ścigającymi oszustów znów wrócić na bieżnię, miał być zaskoczony prowokacją należycie zdokumentowaną przez dziennikarzy. Natychmiast zwolnił swoich współpracowników, ale mało kto chce dać wiarę biegaczowi, że nie ma z tym nic wspólnego. Tym bardziej że sam Mitchell sam był kiedyś krótkodystansowcem, który wpadł na dopingu, za co zapłacił dwuletnią dyskwalifikacją.

 

Gatlinowi nie wierzy się od lat. Raz - jest recydywistą, dwa – wrócił, choć za podwójną wpadkę płaci się z reguły dożywotnim zawiedzeniem. To dlatego Amerykanina wygwizdują kibice na większości stadionów na świecie. Nawet kiedy sięga po złoty medal mistrzostw świata, jak miało to miejsce w tym roku w Londynie, gdzie pokonał m.in. Usaina Bolta.

 

Otoczenie Gatlina próbuje odkręcić sprawę, choć zajęły się już nią odpowiednie organy z światowej federacji lekkoatletycznej (IAAF) we współpracy z Amerykańską Agencją Antydopingową. Wagner z kolei przeprasza publicznie Gatlina, tłumacząc, że chciał zrobić wrażenie na swoich rozmówcach-filmowcach. I dodaje, że przecież nie dostarczył żadnych środków, a jedynie o nich mówił.

 

W ślad za skandalem rozpętała się dyskusja o tym, czy nie należy odbierać możliwości uprawiania zawodu trenerom, którzy w przeszłości pokalali się dopingiem. Stanowisko w tej sprawie zajął m.in. Toni Minichiello, trener brytyjskiej mistrzyni olimpijskiej i trzykrotnej mistrzyni świata w siedmioboju. Szkoleniowiec podkreśla, że rzadko zdarza się, by sam zawodnik brał doping bez wiedzy personelu wspomagającego. Jego zdaniem należy uszczelnić system i dokładnie przyglądać się absolutnie wszystkim współpracownikom podejrzanych osób. Minichiello nie chce osądzać, czy w sprawie Gatlina górę wzięła brawura Wagnera i Mitchella, czy rzeczywiście jest coś na rzeczy. Ale apeluje o większe skupienie na sztabach, bądź też powoływanie przez poszczególne federacje dodatkowych osób do opieki, tzw. aniołów stróżów, którzy wyłapywaliby podejrzane zachowania.

 

Środowy „The Times” na poważnie zajął się sprawą i sugestią Minichiello. Opublikował nawet nazwiska trenerów, którzy niegdyś wpadali na dopingu, a teraz są stawiani za trenerskie wzory. Chodzi m.in. o Islandczyka Vesteinna Hafsteinssona, byłego dyskobola, który zarządza obecnie karierą Daniela Stahla i został właśnie w Szwecji trenerem roku…

 

Rzeczywiście, choć lista dopingowiczów jest długa, to zdecydowanie rzadziej do odpowiedzialności pociągani są sami szkoleniowcy. Jednym z wyjątków jest Jon Drummond, były trener Tysona Gaya, innego amerykańskiego sprintera, który wpadł na dopingu i wskazał szkoleniowca jako winnego. Ale z drugiej strony mamy przypadek Alberto Salazara, trenerskiego guru biegów długodystansowych, szkoleniowca m.in. Mo Faraha, wielokrotnego medalisty olimpijskiego i świata, przeciwko któremu dowody zdobyli hakerzy. Miał on obchodzić przepisy, podawać swoim zawodnikom niedozwolone środki, a mimo to nie postawiono mu w tej sprawie żadnego zarzutu. Okolicznością obciążającą dla tego trenera jest również jego przyjaźń z Lancem Armstrongiem, największym sportowym oszustem wszech czasów, któremu wymazano z kariery siedem zwycięstw w Tour de France.

 

Skoro już o Armstrongu mowa, Gatlin jest już na dobre porównywany właśnie z nim i żadne tłumaczenia na razie nie trafiają ani do kibiców, ani do dziennikarzy.