Na warszawską Akademię Wychowania Fizycznego, gdzie studiował w latach 1964-68, dostał sie jako obiecujący koszykarz. Uprawiał tę dyscyplinę w Łodzi w juniorskim zespole MKS MDK, otrzymywał powołania do ogólnopolskiej reprezentacji Szkolnego Związku Sportowego. Potem grał w drugoligowym Widzewie.

- Gdy dostałem się na stołeczną uczelnię, od razu znalazłem się w kadrze AZS AWF. Na obóz zerowy, czyli przed rozpoczęciem studiów, pojechałem z koszykarzami do Olsztyna. Przez pierwsze dwa lata studiów byłem członkiem drużyny prowadzonej przez trenera Zygmunta Olesiewicza. W tym czasie grali w niej tak znani zawodnicy, jak Andrzej Nartowski, Marek Sitkowski, Wiesław Piwowar, Aleksander Ronikier, Igor Oleszkiewicz, Tadeusz Blauth, a z młodszego pokolenia Adam Niemiec, który wchodził w tym czasie do zespołu - wspomina Kuchta, który jednak koszykarskiej kariery w stolicy nie zrobił.

- Nawet jak znalazłem się w meczowym składzie, to grałem niewiele. W gronie takich nazwisk nie byłem zawodnikiem odpowiedniej klasy. Najbardziej utkwił mi w pamięci mecz ze Śląskiem Wrocław, gdy przez parę minut grałem przeciwko Mieczysławowi Łopatce - przyznał.

Mierzącemu 189 cm zawodnikowi nie było dane zdobyć ze słynnymi "Czarodziejami z Bielan" drugiego w historii klubu mistrzostwa Polski w 1967 roku, gdyż w międzyczasie zmienił... dyscyplinę - z koszykówki na piłkę ręczną. Z olbrzymią korzyścią dla tej drugiej.

- Na trzecim roku w programie studiów pojawiły się zajęcia z piłki ręcznej. Prowadzący je Mieczysław Kamiński i Jerzy Jaworski skutecznie namówili mnie, żeby spróbować sił w tej dyscyplinie. Jak to bywa w zespołach akademickich, część studentów po ukończeniu studiów opuściła zespół i potrzebowano nowego narybku. Bardzo szybko, mając podstawy - szczególnie gry w obronie, z czego byłem potem znany w piłce ręcznej – zadomowiłem się w pierwszoligowym zespole akademików - nadmienił obecny wiceprezes Związku Piłki Ręcznej w Polsce ds. szkoleniowych.

Znany z umiejętności defensywnych obrotowy jeszcze w trakcie studiów otrzymał powołanie do reprezentacji Polski. Po ukończeniu AWF, za namową trenera kadry Janusza Czerwińskiego, został zawodnikiem Spójni Gdańsk, z którą dwukrotnie triumfował w rozgrywkach ligowych (1969, 1970). Następnie przeniósł się do Anilany Łódź.

- Założyłem rodzinę, ale w Gdańsku nie miałem szansy na otrzymanie mieszkania, a Łódź mi je zaoferowała. To zadecydowało, że wróciłem do rodzinnego miasta - wytłumaczył.

Rodzinnego nie do końca, gdyż Kuchta przyszedł na świat 5 stycznia 1944 roku w Diepholz na północy Niemiec, w okolicach Bremy i Osnabrueck.

- Jestem dzieckiem okresu wojennego. Urodziłem się w Niemczech, bo rodzice byli tam wywiezieni na przymusowe roboty. Ojciec z mamą poznali się w gospodarstwie rolnym, w którym pracowali. Po skończeniu wojny wróciliśmy w rodzinne strony mamy, do podbełchatowskiej wioski, skąd w 1947 roku rodzina przeniosła się do Łodzi - wyjaśnił.

Jako zawodnik Anilany Kuchta, uznawany za jednego z najlepszych polskich piłkarzy ręcznych na pozycji obrotowego, dobry taktyk i organizator gry w obronie, dwukrotnie startował w igrzyskach olimpijskich (1972, 1976). Najmilej wspomina te drugie - w Montrealu, gdzie Polacy zdobyli brązowy medal.

- Ten moment najbardziej utkwił mi w pamięci. Na osiem sekund przed końcem decydującego meczu z RFN jeden z najlepszych wówczas piłkarzy ręcznych Joachim Deckarm rzucił nam bramkę na dogrywkę. W niej już jednak zdecydowanie panowaliśmy, dodatkowy fragment wygraliśmy 4:1 - przypomniał.

Podopieczni trenerów Stanisława Majorka i Czerwińskiego zwyciężyli 21:18 i sięgnęli po pierwszy medal w historii polskiego szczypiorniaka. Sukces przypieczętował zdobywając ostatnią bramkę jej kapitan, najstarszy w drużynie, wówczas 32-letni Kuchta.

Jako trener reprezentacji (objął kadrę w 1981 roku) miał szansę na trzeci udział w igrzyskach i drugi olimpijski medal. Kwalifikację do turnieju w Los Angeles (1984) drużyna wywalczyła dwa lata wcześniej, zdobywając pierwszy w historii brąz dla Polski w mistrzostwach świata w Dortmundzie. Piłkarzom ręcznym, tak jak wielu innym sportowcom znad Wisły, nie było jednak dane pojechać na igrzyska do USA.

- Byliśmy na zgrupowaniu w Gdańsku-Oliwie, gdy dwa miesiące przed olimpiadą przyjechał przedstawiciel władz sportowych i oznajmił nam, że ze względu na bojkot przez kraje zachodnie igrzysk w Moskwie, teraz to kraje socjalistyczne nie wystąpią w Los Angeles. Zamiast tego wystartujemy w Turnieju Przyjaźni. Wiadomo jak przyjął to zespół i wszyscy w ekipie. Każdy sportowiec wie, że olimpiada do najważniejsze, najbardziej prestiżowe zawody w jego karierze. Mocno nas to dotknęło. Na imprezę w Magdeburgu, gdzie zajęliśmy trzecie miejsce, jakoś udało nam się jeszcze zespół zmobilizować, ale już nie było tej werwy, ikry w grze - zakończył 133-krotny reprezentant kraju, zdobywca 157 bramek w biało-czerwonych barwach.