CZĘŚĆ I: O DWÓCH TAKICH, CO BŁYSNĘLI NA WEMBLEY

W 1936 roku Jack i jego brat Cordy zaokrętowali się na statek płynący z San Francisco do Australii. W tamtych czasach można było pomarzyć o podróży lotniczej, więc rejs do krainy pachnącej żużlem i wirtuozami gry na didgeridoo trwał blisko dwa miesiące. Bilet za kołysankę na falach oceanu kosztował 350 dolarów amerykańskich. Bracia Milne wysupłali pieniążki z własnych sakiewek. Gdyby eskapada na australijskie tory nie powiodła się, nie mieliby za co wrócić do domu...  Jack zanotował bardzo obiecujący debiut poza granicami ojczyzny, bo zajął trzecie miejsce w międzynarodowych mistrzostwach Australii w 1936 roku.

Zainspirowany sukcesem, rok później ponownie udał się w długą podróż do Australii. Tym razem na Jacka nie było mocnych. Zwycięstwo odbiło się szerokim echem w brytyjskich kręgach żużlowych. W szampańskim nastroju Jack i jego braciszek popłynęli przez Kanał Sueski do Europy. Sześć tygodni na łajbie. Wystarczająco dużo czasu, aby popracować przy motocyklach śpiących pod pokładem... Jack Milne zrobił furorę na Wyspach Brytyjskich. Jeździł w barwach New Cross Tamers, bawił tłumy widowiskową jazdą i czarował umiejętnościami. Tytaniczna praca Jacka zaowocowała tytułem indywidualnego mistrza świata jaki wywalczył w 1937 roku na Wembley. Finał oglądało 85 000 widzów. 2 września 1937 roku Jack Milne sięgnął po złoto, jego rodak Wilbur Lamoreaux został wicemistrzem świata, a brązowy medal zdobył brat Jacka – Cordy. Całe podium zajęli reprezentanci Stanów Zjednoczonych. Jack darzył speedway miłością pierwszą. Stracił lewego kciuka w wypadku na torze, ale wciąż ścigał się sześć razy w tygodniu!!! Katorżnicza dawka pracy...
 
Na nieszczęście, wybuch II wojny światowej położył kres prospericie braci Milne. Działania wojenne sprawiły, że Jack i Cordy nie mieli czego szukać w Anglii. Wałęsali się po brytyjskich portach próbując zaokrętować się na statek płynący do USA. Ostatecznie wylądowali na okręcie, który był przystrojony jak choinka. Rejs pomiędzy balami drewna… Statek był upstrzony we flagi amerykańskie w nadziei, że Niemcy nie zatopią okrętu o neutralnej banderze.  

Jack i Cordy szczęśliwie przepłynęli przez Atlantyk. Otworzyli sklep z akcesoriami motoryzacyjnymi w Kalifornii, który przynosił przyzwoite zyski. Z czasem interes rozrósł się do rozmiarów salonu samochodowego… Bracia byli na tyle zamożni, że wskrzesili speedway w Kalifornii organizując zawody towarzyskie i turnieje pokazowe z udziałem dwóch wybitnych żużlowców z Kiwilandii: Ivana Maugera i Barry’ego Briggsa.

Jack Milne dożył wspaniałych chwil. Oglądał z trybun Wembley Stadium triumf Bruce’a Penhalla w ostatnim finale światowym rozegranym na legendarnym stadionie w 1981 roku. Brytyjczycy zaprosili go jako wyjątkowego gościa i byłego mistrza świata, aby obejrzał na własne oczy finał w 1981 roku… Jack radował się kiedy w 1993 roku w bawarskim Pocking po złoty medal IMŚ sięgnął “Sudden” Sam Ermolenko. Niestety, sędziwy, 88-letni Jack zmarł w grudniu 1995 roku. Nie doczekał się złotego medalu Grega Hancocka zdobytego w cyklu Grand Prix w 1997 roku. Cieszył się, gdy Greg wygrał deszczową rundę Speedway Grand Prix na londyńskim Hackney w 1995 roku...

Greg Hancock miał to szczęście, że nie musiał okrętować się na statek podczas wojennej zawieruchy, ale “Grin” doskonale wie, że aby wejść na szczyt w wyczynowym sporcie potrzebne są następujące półprodukty: pasja, poświęcenie, determinacja, ciężka praca i odrobina szczęścia. W pewnym sensie Greg Hancock uruchomił wehikuł czasu i otarł się o dawnych wspomnień czar, gdy spotkał Sammy’ego Millera w Jerez de la Frontera podczas gali mistrzów świata w 2014 roku. Sammy to wielki przyjaciel Johna Surteesa, jedynego człowieka na świecie, który został mistrzem świata na dwóch i czterech kółkach. John był zaproszony na galę, ale nie dotarł do Andaluzji z uwagi na chorobę żony. Surtees, mistrz świata w motocyklowych wyścigach szosowych i w Formule 1… Niepojęta skala talentu. Świeć Panie nad jego duszą...

Sammy Miller, wielki mistrz trialu rodem z Belfastu to kopalnia humoru. Żartował, że władze FIM powinny go zapraszać co roku na galę, aby obłaskawiał gości fascynującymi opowieściami. Nocleg w namiocie w drodze na Mistrzostwa Europy w trialu? Żaden problem dla Millera. W latach 50-tych Sammy zabierał motocykl na łajbę płynącą z Belfastu do Liverpoolu. Następnie z Liverpoolu wyruszał w trasę na motocyklu. Zmęczony docierał na arenę zmagań mistrzostw w trialu. Sammy brał udział w zawodach, następnie instalował światła na motocyklu i ruszał w drogę powrotną do domu. Sammy Miller używał tego samego motocykla do wyścigów szosowych oraz do startów na torach trawiastych! Zmieniał oponę, zębatkę i śmigał, że aż miło. Gdy był uroczym brzdącem, nie dysponował większą sumką pieniędzy, więc ojciec kupił mu pierwszy silnik. Sammy pamięta, że wygrał na tej jednostce zawody w trialu! Stary, wysłużony osiołek spisywał się przyzwoicie. Miller dał prztyczka w nos zawodnikom, którzy dysponowali lepszym sprzętem.

Sammy miał duszę psotnika, ale hołdował rzetelnej wiedzy. Nauczył się rasowania silników, zgłębił tajniki inżynierii, wiedział wszystko o gaźnikach. 11 razy triumfował w mistrzostwach Wielkiej Brytanii w trialu. 11 razy z rzędu był niepokonany… Jason Crump przez 10 lat nie schodził z podium w końcowej klasyfikacji cyklu Speedway GP… Gdy Sammy skończył karierę zawodniczą, zajął się udoskonalaniem motocykli. Przeprowadził rewolucję w tak znanych firmach produkujących sprzęt motocyklowy jak Bultaco, Ariel i Honda. Najczystszy wymiar pasji. Miller ma dziś 84 lata. Sammy funkcjonuje w świecie motocykli od 67 lat. Wciąż zachowuje tyle energii, aby prowadzić muzeum sportów motorowych w angielskim New Milton. W tymże muzeum pachnącym idyllą prowincji są również żużlowe motocykle: poczciwe JAP-y. Gdy Sammy był zawodnikiem, stawiał czoła stu rywalom. Nikt nie przyrządzał dla niego posiłków. Nikt nie przestrzegał rygorystycznej diety, a ściganie na motocyklu do trialu było przednie. “Wówczas zawody trwały trzy dni, a dziś zawodnicy piją napoje energetyczne co 5 minut, dbają o kalorie, zajadają się frykasami. Lubiłem jeździć w deszczu, bo wtedy konkurencja nie dotrzymywała mi kroku. Często modliłem się o deszcz…” – wspomina Sammy Miller.  

Jego nadludzki wysiłek, miłość do sportu i osiągnięcia zostały zauważone przez królową Elżbietę II. Wizyta w pałacu Buckingham i uroczysty odbiór Orderu Imperium Brytyjskiego to wielkie wyróżnienie. Jednak era, w której tworzył Miller miała też czarny odcień. Sammy stracił sześciu przyjaciół. Zginęli w wyścigach szosowych, prekursorze dzisiejszej znakomitej serii Moto GP… Wiele ofiar pochłonęły ówczesne wyścigi. Sir Jackie Stewart, trzykrotny mistrz świata w Formule 1 (1969, 1971, 1973) na każdy wyścig zabierał ze sobą czarny garnitur. Szkocki kierowca nigdy nie wiedział kiedy się przyda...

Sammy to człowiek tryskający wachlarzem talentów. Potrafi znaleźć wspólny język z koniem andaluzyjskim. A najpiękniej rozmawia mu się z nieznajomymi końmi (nie tylko mechanicznymi) w klasztorze u mnichów nieopodal Cadiz. Sporo wie o królowej sportów motorowych: Formule 1. Wzruszył się, że mógł skosztować znakomitej sherry serwowanej z beczki, na której autografy złożyli legendarni kierowcy: Ayrton Senna, Alain Prost i Mika Hakkinen. Sammy jest też wielkim fanem speedwaya. Regularnie ogląda mecze z udziałem Poole Pirates. “Nie mogę odżałować tragedii jaka przydarzyła się Darcy’emu Wardowi. To był największy artysta speedwaya. Płynął na motocyklu, wszystko czynił z zadziwiającą lekkością. Najprawdziwszy geniusz. Takim ludziom nie wolno rozkazywać, nie wolno zamykać ich pod kloszem przeciętności. Za żadne skarby świata nie wolno stawiać przy nich gwardii przybocznej…” – twierdzi Sammy Miller.  

CZĘŚĆ II: NIECH TELEFON NIE MILKNIE

Greg Hancock twierdzi, że prawdziwego mistrza cechuje to, że po zakończeniu kariery jego telefon nie stygnie. Czasami milknie, ale generalnie wiele osób wciąż łaknie kontaktu z byłym championem. Pod warunkiem, że zapisał się w pamięci ludzi jako pogodny, dobry człowiek. Sammy Miller i Greg Hancock są prawdziwymi entuzjastami sportów motorowych. Wystarczy przypomnieć wizytę Grega w chorwackim Gorican w kwietniu 2012 roku kiedy Kalifornijczyk z błyskiem w oku opowiadał młodym adeptom speedwaya o zakamarkach tego sportu. Takie rzeczy robią tylko ludzie pozytywnie zakręceni na punkcie sportu… Wspinają się na szczyt wzgórza zwanego rozkoszą. Sammy i Greg wspaniale bawili się w Andaluzji, bo radują się przebywając w gronie szalonych entuzjastów spalin.

Kiedy w lutym kierowcy Formuły 1 przyjeżdżają na testy do Jerez de la Frontera, miasto budzi się z błogiego snu. W listopadzie częściej usłyszymy przepiękne rytmy flamenco aniżeli ryk silników… Andaluzja – wyjątkowe miejsce, aby przycupnąć i porozmawiać z legendarnym żużlowcem, trzykrotnym indywidualnym mistrzem świata, Gregiem Hancockiem...
 
“Każda gala FIM jest wyjątkowa, niezależnie od lokalizacji. Nieistotne czy jest mglisto (foggy) czy gości na niej Foggy. (przepiękna gra słów Grega: Foggy to wyścigowy przydomek czterokrotnego mistrza świata w wyścigach superbikes, niepokornego Brytyjczyka Carla Fogarty’ego, ale foggy znaczy też mglisto w odniesieniu do aury) Gościłem na gali FIM w Helsinkach w 1997 roku. Wolałbym odwiedzić cieplejsze miejsce niż Finlandia. Przyleciałem do Helsinek w środku skandynawskiej zimy, ale było miło. Każdy kto przystępuje do walki o mistrzostwo świata, pragnie zdobyć złoty medal, więc wyprawa na galę jest wisienką na torcie” – uważa Greg Hancock.
Jerez de la Frontera wraz ze słynnym torem Circuito de Velocidad, na którym odbywają się wyścigi Moto GP, cieszy się wyjątkowym położeniem. Południowo-zachodni zakątek Andaluzji, niewielka odległość od Atlantyku, bliskość masywu górskiego Gaditana i 3200 godzin słońca w skali roku. Czegóż chcieć więcej? Aura panująca w Jerez de la Frontera nie rozczarowała dżentelmena żużlowych torów urodzonego w kalifornijskim Whittier.
 
“Nie orientuję się tak precyzyjnie w geograficznym aspekcie Jerez de la Frontera, ale pogoda nie zajmuje aż tak bardzo mojego umysłu. Kluczem do dobrego samopoczucia są ludzie, którzy cię otaczają. Klimat międzyludzki to podstawa sukcesu. Odebranie złotego medalu w gronie wielkich mistrzów smakuje wyjątkowo. Dobre towarzystwo wprawia mnie zawsze w doskonały humor” – mówi Greg, który gościł na galach FIM w Helsinkach, Estoril, Jerez de la Frontera i Berlinie. Nawet jeśli Włoch Armando Castagna przez zwyczajne ludzkie gapiostwo i typowo włoskie roztargnienie zapomni wykonać Gregowi pamiątkową fotografię, zawsze znajdzie się pod ręką uczynna duszyczka, która uwieczni Hancocka na fotce w gronie mistrzów dwóch kółek.  

Na dziedzińcu ozdobionym krużgankami, po którym w promieniach zachodzącego słońca wesoło biegały kucharki, odbyła się oddzielna, specjalna konferencja prasowa z udziałem Hiszpana Marca Marqueza. Zodiakalny Wodnik jest beczułką wesołości. Szczerze wyznał, że nie jest na tyle odważny, aby wprowadzić umysł w stan awantury, dlatego nie najedzie za żadne skarby na rampę, aby wykonać trik ruler backflip. “Nie mam w sobie aż tyle szaleństwa jak mój dobry przyjaciel Dany Torres (gwiazda freestyle motocrossu). Oczy bolą mnie od samego widoku rampy, a co dopiero działoby się z moimi jelitami, gdybym miał wykonać najazd. To nie dla mnie…” – uśmiechnął się niczym dorodny smyk mistrz świata Moto GP. Marc wspaniale rozwija się. Czy równie zafascynowany freestyle motocrossem Maciej “Magic” Janowski, który trzykrotnie zakołysał piracką łodzią w Poole (2013, 2014, 2015), podąża tą samą drogą co hiszpański mistrz?

“Trudno porównywać te dwie dyscypliny sportu, ale Maciek ma talent i ogromne aspiracje, aby wdrapać się na żużlowy Olimp. “Magic” przechowuje w ręku wszystkie niezbędne składniki, aby być najlepszym w swoim fachu. Jest niezwykle dojrzały emocjonalnie. Ma głowę na karku. Wciąż jest bardzo młodym zawodnikiem, ale przy tym jest jak owoc, który stopniowo dojrzewa. Podejrzewam, że jestem niewłaściwą osobą, aby snuć opowieści o Maćku, bo jestem mu bardzo przychylny i bardzo faworyzuję tego uroczego dzieciaka, więc nie usłyszysz ode mnie nic negatywnego na temat Maćka” – uśmiechnął się Greg. “Nie mam zamiaru mówić negatywnie o Maćku ani słuchać niepochlebnych opinii o człowieku, który jest bardzo pozytywną jednostką” – odparłem. “Pewnie chciałbym przeobrażeń i ciągłego rozwoju Maćka, ale podoba mi się, że pomimo przyjaźni, jesteśmy innymi ludźmi. Różnimy się w uroczy sposób. Świat byłby nudny, gdyby wszyscy byli tacy jak Greg Hancock” – zauważa inteligentnie Greg. Amerykanin to osoba, która jest szalenie otwarta na świat. Fascynują go nowe trendy. Nie samym sportem człowiek żyje. Greg chętnie poznałby opinię dzieci Roda Stewarta (a troszkę ich śmiga po świecie – osiem!) o wykonawcy słynnych numerów pt. “Da ya think I’m sexy?” czy “Hot legs”. Hancock wie, że Rod Stewart, legendarny brytyjski wokalista, chodził z siostrami: Mary i Peggy na speedway na Harringay Stadium. Tak, tak, sławny londyński tor Harringay Canaries, Tigers, a później Racers. Wielką gwiazdą w powojennej historii żużlowego klubu Harringay był Australijczyk Vic Duggan. Później prym wiódł Anglik Split Waterman… Nuta i chrypka mieszkają blisko speedwaya…  

Sekundkę, sekundkę, “Grin”… Jesteś mężem Lwicy, Szwedki o imieniu – Jennie. Maciek też jest Lwem, a zatem… Lwiątka to osoby o bystrym umyśle...
 
“Cóż, moja żona Jennie lubi operować konkretem. To bardzo silna osobowość. Jeśli Maciek ma choćby 25% mocy, którą posiada moja małżonka, to znaczy, że znakomicie poradzi sobie w życiu” – szczerze uśmiecha się Greg, wspaniały ambasador speedwaya.  

“Magic”, wrocławianin z krwi i kości, jak większość chłopaków zafascynowanych żużlem, od dawna marzył o startach w światowej elicie. Zanim Maciej wygrał GP Łotwy w Daugavpils (2015), GP Danii w Horsens (2016, 2017) oraz GP Wielkiej Brytanii w Cardiff (2017), z uśmiechem na ustach podjął trud żużlowej edukacji na Wyspach Brytyjskich. Jak przed laty Greg Hancock na niezapomnianym obiekcie zarządzanym przez pogańskie dusze: Cradley Heath przy Dudley Wood Road… Maciek poszerzał wachlarz umiejętności broniąc barw King’s Lynn Stars, Swindon Robins i Poole Pirates. Regularne starty na rozmaitych torach wydatnie pomogły Maciejowi uzyskać status żużlowca światowej klasy. “Magic” uzyskał awans do cyklu Speedway Grand Prix’2015 dzięki bardzo dobrej jeździe na włoskim torze w Lonigo w turnieju GP Challenge. 20 września 2014 roku po wsze czasy będzie stanowił ważną datę w dzienniku Maćka. Czwarte miejsce we Włoszech, ale przy skromnej pomocy byłej gwiazdy Belle Vue Aces, Mateja Zagara, który obronił pozycję w najlepszej ósemce Grand Prix, Maciej przedostał się na salony. “With a little help from my friends” – utwór doskonałej formacji The Beatles (świetnie ten numer zaśpiewał też Joe Cocker)… Słoweńsko – polskie przymierze… Czy Maciej zasięgnął porad u Grega przed wyprawą do Italii?
 
“Nie. I właśnie to jest wspaniałe. Nie jestem ojcem sukcesów Maćka, nie przypisuję sobie zasług. Po prostu lubię spędzać czas w jego towarzystwie. Lubię mu pomagać, bo Maciek posiada wyjątkowy dar: potrafi słuchać. Bywa tak, że zadzwoni do mnie z głupia frant i zasypie mnie kilkoma pytaniami. Wówczas czuję, że świat nie stoi w miejscu i dostrzegam jak wspaniale rozwija się “Magic”… On niewiarygodnie szybko przyswaja sobie wiedzę. Bardzo mi się to podoba, że trawersuje nowe stoki gór… Nie jestem typem mentora, który obraża się, gdy Maciej zmniejsza intensywność rozmów telefonicznych. Spoglądam na jego wyniki w lidze szwedzkiej, polskiej i GP. Doceniam jak pięknie rozwija się jego talent. Staje się coraz bardziej samodzielny. To już niemalże ukształtowany zawodnik. Obserwacja Maćka na torze i poza nim to ogromna frajda. Nie potrzebuje już opiekuńczych skrzydeł, zbudował jakość wokół siebie” – Greg jest dumny z osiągnięć Macieja Janowskiego.

 

Część III na kolejnej stronie...