Jeśli zastanawialiście się, jaki klimat mógł panować na igrzyskach olimpijskich kilkadziesiąt lat temu, kiedy sportem jeszcze tak bardzo nie rządził pieniądz i komercja, to prawdopodobnie lipcowe The World Games były czymś bardzo zbliżonym. Wrocławskie igrzyska sportów nieolimpijskich okazały się imprezą przeprowadzoną profesjonalnie. O medale w około trzydziestu dyscyplinach walczyli sportowcy z ponad stu krajów świata. Trzy i pół tysiąca ludzi z krwi i kości, dostępnych dla kibiców, mediów, opowiadających swoje historie. Nieraz bardzo życiowe i inspirujące.  

W większości byli to zawodnicy ze światowej czołówki w swoich sportach, ale jednak amatorzy. Studenci brali dziekanki i przekładali sesje, by potem na pływalni zdobywać medale dla Polski w ratownictwie wodnym. Motoparalotniarz Wojciech Bógdał, jeden ze zdobywców pięciu złotych polskich krążków, opowiadał, jak na co dzień składa sprzęt w garażu i zarabia na komercyjnych lotaach ze śmiałkami spragnionymi wrażeń. Serca podbił karateka Michał Bąbos, który zdobył brąz, a potem, zalany krwią, mimo złamanego nosa, opowiadał o szansach na „dużych” igrzyskach w Tokio. Jego dyscyplina, tak jak wspinaczka, odchodzi bowiem z TWG ligę wyżej i będzie elementem rywalizacji w Japonii w 2020 roku.

W The World Games z zapartym tchem oglądaliśmy jednak wszystko – od przeciągania liny (sto lat temu sport olimpijski!) po dyscypliny rozpoznawalne, ale mające zerowe szanse, by wskoczyć do programu IO, jak futbol amerykański czy żużel. Sprzedano ponad 160 tys. biletów na tymczasowe w większości areny, które po imprezie można było rozmontować. Dwie przygotowane specjalnie na TWG będą służyć przez lata: 50-metrowa pływalnia i zmodernizowany po ponad pół wieku proszenia się o remont Stadion Olimpijski.