Najgłośniej było o porażce występującej z "piątką" Venus Williams. Finalistka poprzedniej edycji Australian Open przegrała ze Szwajcarką Belindą Bencic (78. WTA) 3:6, 5:7. 37-letnia zawodniczka z USA w minionym sezonie imponowała formą - później dotarła jeszcze do finału Wimbledonu, a w US Open zatrzymała się rundę wcześniej.

W decydującym spotkaniu sprzed roku Venus Williams uległa swojej młodszej siostrze Serenie. Tym razem była jedyną przedstawicielką rodziny w Melbourne. Obrończyni tytułu we wrześniu urodziła córkę. Deklarowała, że zrobi wszystko, co w jej mocy, by wystartować w Australii, ale na początku stycznia uznała, że nie jest jeszcze gotowa, by rywalizować na najwyższym poziomie. Tegoroczna edycja tego turnieju będzie pierwszą (licząc od 1998 roku, gdy zadebiutowała Serena), w której w drugiej rundzie nie będzie żadnej ze słynnych sióstr.

Bencic zmierzyła się wcześniej z Venus Williams cztery razy - przed poniedziałkiem nie wygrała ze starszą o 17 lat rywalką.

- Wydaje mi się, że wcześniej miałam trochę zbyt duży respekt i grałam nieco zbyt ostrożnie. Tym razem wyszłam i próbowałam posyłać mocne uderzenia i chciałam to mądrze rozegrać taktycznie - zaznaczyła Bencic, która przymusowo pauzowała w ubiegłym roku po operacji nadgarstka i wypadła wtedy poza "300" w światowym rankingu.

Szwajcarka przed meczem dostała wskazówki od rodaka Rogera Federera, z którym na początku stycznia triumfowała w Pucharze Hopmana, nieoficjalnych mistrzostwach świata par mieszanych. Dodatkowo zaś w jej boksie podczas poniedziałkowego meczu zasiedli... rodzice zdobywcy 19 tytułów wielkoszlemowych.

Williams, która przegrała też jedyny wcześniejszy mecz w tym sezonie podczas zawodów w Sydney, na konferencji prasowej udzielała krótkich odpowiedzi.

- Belinda zaprezentowała niesamowity tenis. Trzeba to jej oddać. Nie wydaje mi się, żebym ja zagrała źle. Ubiegły rok jest ubiegłym rokiem. Nie można żyć przeszłością, to niemożliwe - zastrzegła.

Powodów do radości nie miały też dwie inne zawodniczki, które - tak jak Williams - jesienią znalazły się w obsadzie całkowicie amerykańskich półfinałów wielkoszlemowego US Open. Rozstawiona w Australii z "13" triumfatorka nowojorskiej imprezy Sloane Stephens przegrała w poniedziałek z Chinką Shuai Zhang (34. WTA) 6:2, 6:7 (2-7), 2:6. Z rywalizacją pożegnała się też występująca z "10" Coco Vandeweghe, która w poprzednim sezonie była w "czwórce" nie tylko w US Open, ale i w Melbourne. Tym razem w meczu otwarcia lepsza od niej okazała się Węgierka Timea Babos (51.) - 7:6 (7-4), 6:2.

Pierwszego dnia z Australian Open pożegnały się także inne, niżej notowane Amerykanki: Jennifer Brady (przegrała z Magdą Linette 6:2, 4:6, 3:6), Catherine Bellis, Alison Riske, Taylor Townsend oraz Sofia Kenin.

Szansę na uratowanie honoru zawodniczek z USA będzie miała we wtorek rozstawiona z "17" finalistka US Open 2017 Madison Keys.

Szybkiego wyeliminowania nie uniknęli też w poniedziałek rozstawieni tenisiści z USA. John Isner (16.) przegrał z reprezentantem gospodarzy Matthew Ebdenem (78.) 4:6, 6:3, 3:6, 3:6, a Jack Sock (8.) uległ Japończykowi Yuchi Sugicie (41.) 1:6, 6:7 (4-7), 7:5, 3:6.

Niespodziewanej porażki doznał też finalista ubiegłorocznego US Open Kevin Anderson. Występujący z "11" gracz z RPA musiał uznać wyższość Brytyjczyka Kyle'a Edmunda, który wygrał 6:7 (4-7), 6:3, 3:6, 6:3, 6:4.