W niedzielę dwa helikoptery zabrały z obozu pierwszego (4850 m) na Nanga Parbat (8126 m) Elisabeth Revol oraz Adama Bieleckiego, Denisa Urubkę, Jarosława Botora i Piotra Tomalę, którzy udali się na akcję ratunkową, by sprowadzić z góry francuską alpinistkę. Revol jest już w szpitalu we francuskim Sallanches, a polscy himalaiści przebywają w pakistańskiej miejscowości Skardu.

"Koledzy potwierdzili, że dobrze się czują i są gotowi, aby do nas dołączyć. Na pewno dziś, czyli w środę, nie wrócą. Warunki pogodowe nie poprawiły się, a nawet pogorszyły. W bazie zadymka, namioty furgocą, nic nie widać. Kipisz. Mamy dzień świstaka" -powiedział urodzony i mieszkający w Jeleniej Górze 47-letni Fronia.

Zdobywca dwóch ośmiotysięczników bez wspomagania tlenem z butli - Lhotse (8516 m) w ubiegłym roku i Gaszerbrum II (8035 m) w 2006 podkreślił, że głównie słaba widoczność uniemożliwia przylot śmigłowca, który ma przetransportować uczestników akcji ratunkowej na Nanga Parbat ze Skardu do bazy pod K2.

"Odległość w linii prostej to 100 km, natomiast faktyczne droga przelotu to 160-170 km. Jesteśmy w kontakcie z firmą, która wypożycza śmigłowce i na bieżąco informujemy o warunkach atmosferycznych. Na razie nie ma szans na przylot" - dodał Fronia.

Według prognoz, w czwartek pogoda ma się poprawić. "Gdyby się sprawdziła, to jeden zespół wyjdzie w górę. Przypuszczalnie będą to Marek Chmielarski, Artur Małek i Janusz Gołąb, ale to jeszcze nic pewnego. Mamy założone dwa obozy - jeden na 5950 m i drugi na 6300 m. Trzeci planujemy postawić na wysokości około 6800 m" - poinformował Fronia.

W zimowej wyprawie na K2, która jest jednym z największych wyzwań wspinaczkowych w historii, udział biorą także: Maciej Bedrejczuk, Marcin Kaczkan, Piotr Snopczyński i Dariusz Załuski.