Robert Murawski: Trenerską sławę zdobył Pan prowadząc Odrę, ale jeszcze przed podjęciem pracy w Opolu, prowadził Pan BKS Bielsko-Biała, który walczył o awans do ekstraklasy.

 

Antoni Piechniczek: Dwa lata spędzone w Bielsku, jak i kolejne cztery lata, gdy trenowałem Odrę Opole wspominam z największym sentymentem. Dlatego, że wtedy byłem początkującym trenerem, miałem trzydzieści parę lat, byłem młody. Na dobrą sprawę działacze klubowi w Bielsku-Białej namawiali mnie, bym został grającym trenerem i pomagał drużynie również na boisku. Powiedziałem jednak, że więcej mogę dać, koncentrując się na jednym zadaniu – pracy szkoleniowej.

 

Czy te doświadczenia zdobyte na drugim ligowym froncie wywarły wpływ na Pana dalszą karierę trenerską?

 

Te lata wywarły olbrzymi wpływ na moją karierę, przede wszystkim dlatego, że uwierzyłem w siebie. Uwierzyłem, że  to wszystko, czego się nauczyłem jako absolwent specjalizacji piłki nożnej na AWF w Warszawie i podczas kariery zawodniczej, gdy występowałem w dwóch czołowych polskich klubach: Legii Warszawa i Ruchu Chorzów, przynosi efekty również w mojej pracy trenerskiej. To wszystko dało mi taki bagaż doświadczeń, że gdy doszły do tego dobre wyniki osiągnięte w Bielsku i w Opolu, nabrałem przekonania, że droga, którą idę, jest prawidłowa, że nie powinienem z niej zbaczać. Przestrzeganie zasad, których nauczyłem się jako piłkarz, a potem jako student, było drogą do osiągnięcia sukcesów.

 

Pytam o doświadczenia z zaplecza również trochę w odniesieniu do dzisiejszych czasów. Czy zamiast po szkoleniowców z południa Europy, nie warto czasem sięgnąć po polskich trenerów, którzy pracują w niższych ligach i dawać im szansę w wielkiej piłce? Mamy choćby przykład Ireneusza Mamrota, który przez lata pracował w pierwszoligowym Chrobrym Głogów, a teraz dobrze radzi sobie w Jagiellonii Białystok.

 

Żyjemy w takich czasach, że wszystkie chwyty są dozwolone. Można sprowadzać piłkarzy z zagranicy w każdej ilości, można sprowadzać trenerów... Ja należę do ludzi, którzy na pierwszym miejscu będą stawiali polskich szkoleniowców i gdybym był prezesem jakiegokolwiek klubu, to szukałbym kandydata do prowadzenia drużyny głównie wśród polskich trenerów. Gdybym brał zagranicznego trenera, to chciałbym kogoś z wielkim nazwiskiem i jakimś dorobkiem. No ale na to bym potrzebował dużej kasy i tu by się zupa wylała...

 

Może nie mamy w Polsce tylu trenerskich talentów i stąd konieczność sprowadzania przeciętnych trenerów zagranicznych?

 

Wśród młodych trenerów, których mam okazję spotykać na kursokonferencjach, na szkole trenerskiej w Białej Podlaskiej, widzę bardzo wiele talentów. Rzucę tylko dwa nazwiska: Jacek Magiera i Piotr Stokowiec. To są szkoleniowcy, którzy mogą pójść śladami Adama Nawałki, bo obaj mają potencjał, by w przyszłości objąć stery reprezentacji.

 

W czasach, gdy zaczynał Pan swą trenerską karierę zagraniczni szkoleniowcy również pracowali w polskiej lidze, choć oczywiście nie w takiej ilości, jak teraz...

 

Tak. Przypomnę, że kilku z nich miało ogromny wpływ na rozwój naszego futbolu. Michal Vican – Słowak z Bratysławy, był jednym z najlepszych, a może nawet najlepszym trenerem w historii Ruchu Chorzów. W Legii Warszawa ogromną pracę wykonał z kolei Jaroslav Vejvoda. Tylko, w porównaniu z niektórymi trenerami obecnie pracującymi w ekstraklasie, obaj ci panowie przychodząc do polskich klubów nie byli postaciami anonimowymi. Vejvoda przez wiele lat był trenerem Dukli Praga, czołowego czechosłowackiego klubu, z którym osiągał sukcesy. Jak facet pracował w takim klubie i sięgał po tytuły mistrza kraju, to nie mógł być gapą. Podobnie Vican, który jako trener wywalczył Puchar Zdobywców Pucharów ze Slovanem Bratysława.

 

W latach siedemdziesiątych chwalono Pana za styl budowania Odry Opole. Nie ściągał Pan wielkich gwiazd, tylko przede wszystkim szukał zdolnych piłkarzy w regionie.

 

Ja tych piłkarzy sam nie odkrywałem, ważna była praca ludzi, którzy obserwowali zawodników z okolicznych klubów. To zaowocowało tym, że w klubie pojawił się Roman Wójcicki z Nysy, że ktoś inny podpowiedział mi, że w Małejpanwi Ozimek gra taki zawodnik jak Józef Adamiec, że ktoś doradził sprawdzenie Alfreda Bolcka... Ściągnąłem też do Opola Józka Młynarczyka, z którym pracowałem jeszcze w BKS Bielsko-Biała. W ten sposób w klubie pojawiła się cała plejada dobrych piłkarzy.

 

Trener Antoni Piechniczek w czasach pracy w Odrze Opole (1978). / fot. PAP

 

Czy w dzisiejszych czasach Odra powinna budować drużynę w podobny sposób?

 

Chciałoby się to powtórzyć i to w jakimś stopniu jest do powtórzenia, bo na Opolszczyźnie jest wielu piłkarzy, grających na różnych szczeblach ligowych. Nie wierzę, że w tym licznym gronie nie ma utalentowanych chłopców. Do wyławiania talentów trzeba jednak cierpliwości i dobrej współpracy ze skautami. Ta metoda budowania drużyny ma wielką zaletę: wiąże piłkarzy z regionem. Oni się z tym klubem utożsamiają, oni żyją na tym terenie, mają tu rodziny, są bliżej kibiców. Kibice potrafią ich rozliczyć z ich gry, postawy na boisku, zaangażowania. Oczywiście taką drużynę można uzupełnić, sprowadzić kilku klasowych piłkarzy, którzy wniosą do klubu nową jakość.

 

Odra Opole z lat siedemdziesiątych w pamięci polskich kibiców pozostała przede wszystkim z powodu dwóch wydarzeń. Pierwszym z nich była wygrana w premierowej edycji Pucharu Ligi w 1977 roku...

 

Zdobycie Pucharu Ligi było sukcesem, a przede wszystkim otworzyło nam drogę do europejskich pucharów. Co prawda w I rundzie Pucharu UEFA przegraliśmy z FC Magdeburg z NRD, ale sam start w tych rozgrywkach był sporym wydarzeniem.

 

Drugie, to pamiętny wyjazdowy mecz z Legią Warszawa z jesieni 1978 roku. Odra przegrywała do przerwy 0:2, później 1:3, a jednak w drugiej połowie rozbiła rywali, wygrywając przy Łazienkowskiej w kapitalnym stylu 5:3.

 

Nie tylko wygraliśmy 5:3, ale – co godne podkreślenia – w drugiej połowie, w ciągu dwudziestu minut, zdobyliśmy pięć bramek. Legia nigdy wcześniej, ale też chyba i później w tak krótkim czasie w meczu ligowym nie straciła pięciu goli. To spotkanie dobrze pokazało klasę, jaką wtedy reprezentowaliśmy. Zostaliśmy mistrzami jesieni. Niestety, wiosna nie była już tak udana i nie zdołaliśmy obronić wysokiej pozycji w tabeli.

 

Współpraca z Odrą Opole chyba w najbardziej znaczący sposób przyczyniła się do nominacji selekcjonerskiej, którą otrzymał Pan kilka lat później?

 

Z pewnością praca wykonana w Odrze, łącznie z tym pamiętnym meczem z Legią, otworzyła mi furtkę do stanowiska selekcjonera.

 

Efektowne zwycięstwa nad Legią przy Łazienkowskiej zawsze odbijają się szerokim echem w całej Polsce...

 

Tak, ale ten mecz był ważny również z innego powodu. Cała Warszawa to oglądała, mam tu na myśli nie tylko śmietankę towarzyską, ale również czołowych działaczy PZPN. Zobaczyli, że przyjechał młody trener, a jego podopieczni zagrali ciekawy, skuteczny futbol. To wydarzenie z pewnością ułatwiło mi zdobycie selekcjonerskiej nominacji.

 

Czy Pana zdaniem Odra Opole ma w najbliższym czasie szanse na awans do ekstraklasy?

 

Oczywiście, że ma olbrzymie szanse, ale też skala trudności jest niesamowita. Przed Odrą piętnaście spotkań, które trzeba mądrze rozegrać. Nie będzie to łatwe, bo kilku innym klubom też się marzy ekstraklasa.