Omnium, czyli kolarski wielobój, składa się z czterech konkurencji rozgrywanych jednego dnia. Sajnok rozpoczął od 11. miejsca w scratchu i drugiej lokaty w wyścigu tempo. W sesji wieczornej wygrał wyścig eliminacyjny i objął prowadzenie w klasyfikacji generalnej.

 

"W scratchu miałem zbyt miękki obrót, ale doszedłem do tego wniosku razem z trenerem Jackiem Kasprzakiem dopiero po starcie. W wyścigu tempo wykorzystałem sytuację, że pierwsze pięć okrążeń jest niepunktowanych, i zacząłem uciekać. Chyba zaskoczyłem tym rywali, nie gonili mnie. To była dobra taktyka i dzięki temu zdobyłem kilka punktów na finiszach i jeszcze premię za zdublowanie peletonu" - powiedział PAP Sajnok.

 

W wyścigu eliminacyjnych, w którym co drugie okrążenie odpada ostatni ze stawki, Sajnok długo jechał pod koniec peletonu i o mało co nie odpadł na wczesnym etapie, o centymetry unikając ostatniej lokaty.

 

"Jadąc z tyłu oszczędza się energię, ale jest to ryzykowne, szczególnie w wyścigu eliminacyjnym. To był trochę naturalny odruch. Wiedziałem, że robię źle i przepraszam wszystkich kibiców za te wszystkie emocje. W pewnym momencie sam już byłem pewny, że odpadłem, ale na szczęście nie zostałem wywołany do opuszczenia toru" - komentował.

 

Stawka coraz bardziej się wykruszała i na końcu Sajnok pozostał tylko z gorąco dopingowanym Holendrem Janem Willemem van Schipem. Nie dał mu szans na ostatnim finiszu.

 

Przed ostatnią konkurencją, wyścigiem punktowym, Polak miał w klasyfikacji generalnej tyle samo punktów co Włoch Simone Consonni i o sześć więcej od van Schipa. Należało zwrócić uwagę na tych dwóch przeciwników i nie bagatelizować akcji na zdublowanie peletonu, wartych dodatkowej premii 20 pkt.

 

Polak, Holender i Włoch pilnowali się wzajemnie, a co dziesięć okrążeń zrywali się do walki o punkty. W trudnej sytuacji znalazł się van Schip, który zaliczył upadek, wpadając na Meksykanina Ignacio Prado. Powrócił na tor, gorąco oklaskiwany przez publiczność, ale wywrotka kosztowała go nie tylko siniaki, lecz i stratę jednego punktowanego finiszu. Sajnok próbował zdobyć premię 20 punktów za zdublowanie rywali, atakując razem z broniącym tytułu Francuzem Benjaminem Thomasem. Akcja zapowiadała się obiecująco, jednak nie była skuteczna.

 

"To był ciężki wyścig i niewiele z niego pamiętam. Pilnowałem Holendra i Włocha. Upadek Holendra nastąpił chyba w momencie, gdy byłem z przodu. Muszę jeszcze raz obejrzeć ten wyścig, może się czegoś nauczę. Wiem, że do mety dojechałem na rzęsach" - opowiadał.

 

Przed ostatnim, podwójnie punktowanym finiszem (10 punktów za pierwsze miejsce) trzech zawodników miało szansę na złoto: Sajnok miał na koncie tyle samo oczek co van Schip i o trzy więcej od Consonniego. Polak swobodnie przesunął się na czoło grupy, mając przed sobą tylko niezagrażających mu rywali z Nowej Zelandii i Wielkiej Brytanii. Minął kreskę na trzeciej pozycji i zdobył cztery punkty, stawiając kropkę nad i. Holender i Włoch nie mieli już sił na ostatni zryw.

 

Między startami Sajnok brał różaniec do ręki. To go uspokajało. "Wierzę w to, że Bóg mi pomaga, czuwa nade mną. Gdy wstałem rano, po cichu liczyłem na to, że zdobędę medal. Umacniałem się w tym przekonaniu po każdym starcie" - podkreślił.

 

Sajnok w niedzielę - lotem przez Warszawę i Gdańsk - powrócił do rodzinnych Kartuz i być może zdąży obejrzeć ostatnie starty swoich kolegów z reprezentacji w mistrzostwach świata w Apeldoorn. Sam będzie miał tylko kilka dni na odpoczynek. W piątek poleci do Belgii na wyścig szosowy z ekipą CCC Sprandi Polkowice, którą reprezentuje od tego sezonu, a następnym jego wyścigiem będzie Langkawi Tour w Malezji.