W historii skądinąd dramatycznej ostatnich dni sędziego Szymona Marciniaka pozytywny jest jeden szczegół fundamentalny, mianowicie taki, że jeszcze nie oszaleliśmy. Obawiałem się bowiem, że po tych kilku klopsach w sumie międzynarodowego arbitra, ale przede wszystkim Polaka, naszego sędziego, człowieka stąd, nastąpi seria tłumaczeń: że nie było tak źle, bo jednak trzy bramki uznał, że w paru kontrowersyjnych sytuacjach zachował się z „duchem gry”, że kilku innych, nie było takiej fizycznej możliwości, nie mógł dostrzec. Przecież nikt by nie dostrzegł! Ani w niedawnej przeszłości Collina, ani w zamierzchłych czasach Vautrot czy Alojzy Jarguz.

A mogło być tak:
Przede wszystkim, w zgodzie z ogólną linią, winniśmy się szczycić samym faktem, że Polak posędziował tak prestiżowy mecz. I prawdopodobnie nie będzie to jego ostatni taki mecz. Prestiżowe spotkanie, Polak w roli głównej, a więc i na nas nieco prestiżu, niewykluczone, że prędzej czy później spłynie. Polak sędziował na Wembley (a kiedy ostatnio, drodzy czytelnicy, zdarzyło się by Polak z gwizdkiem biegał po murawie "Świątyni Futbolu"?) najogólniej tak sobie, ale przecież mecz nie był łatwy.

 

Powiem więcej, on był nawet momentami koszmarny i do sędziowania i do oglądania. I puenta była też w jakimś sensie koszmarna, przynajmniej dla jednej strony. Wychowywała Polska arbitrów wybitnych, lecz na arenie międzynarodowej niedocenianych (wychowywała również wybitnych trenerów i piłkarzy i los ich był podobny). Mieliśmy Jana Domarskiego (to przecież było Wembley), rekordzistę Janusza Chomontka (miliard podbić piłki wszystkim co możliwe). Mamy Roberta Lewandowskiego i czwarte czy piąte miejsce w rankingu FIFA. Mamy jeszcze gwiazdę pierwszego formatu w sędziowaniu, którą za wszelką cenę należy chronić, bo to jest polska gwiazda. Wiadomo, „Słowacki wielkim poetą był.”

 

Bo jeśli my nie będziemy się, sami siebie, nawzajem cenić, nikt nas nie doceni. Bo czy sąsiad ze Wschodu czy z Zachodu nas doceni? Oni mają swoje problemy i swoich własnych arbitrów. Więc chwalmy Pana (Szymona Marciniaka), że mecz poprowadził do końca, że Juve wygrało, że Tottenham powinien był wygrać, że z grubsza rzecz biorąc nikomu nic się nie stało, i że mamy nadzieję, szczęśliwie powrócił na łono ojczyzny. A i dla niego nadejdą jeszcze piękne czasy, na jego i naszą chlubę.

PS. Jeszcze jeden argument, że jest całkiem dobrze: otóż najbardziej chyba kosmopolityczny tytuł w kraju napisał po meczu o Marciniaku, cytuję: „Mógł wypaczyć wynik meczu.” Ergo – nie wypaczył. No bo tak: po co w sumie, umownie, Anglicy kopali tą fatalną piłkę tak, że spadała na ręce Medhii Benatii i Giorgio Chielliniego? Po co Costa tak dziwnie biegł, że musiał go gonić i w końcu faulować Vertonghen? Po co Son kładł się w taki a nie inny sposób na murawie Świątyni Futbolu (po której, przypominam, osobiście biegał sędzia Marciniak), że na tej samej murawie Andrea Barzagli nie mógł normalnie stanąć butem? No po co?

PS. 2 Do napisania tego tekstu zainspirował mnie felieton Stefana Kisielewskiego „Historia tubki z klejem” (Felieton optymistyczny). Polecam.

Felieton Stefana Kisielewskiego „Historia tubki z klejem” TUTAJ