Maciej Turski: Wracasz po porażce z Kleberem Koike Erbstem. Przegrana na pewno Cię zabolała, ale domyślam się, że w Twoim przypadku wnioski zostały bardzo szybko wyciągnięte.

 

Artur Sowiński: Jak każda porażka, tak i ta zabolała. Trzeba potrafić znosić je po męsku, skupiać się na tym, żeby wyciągnąć wnioski. Bardzo szybko byłem zmotywowany, żeby jak najszybciej wrócić do walki, na zwycięską ścieżkę.

 

Informacja o tym, że zawalczysz we Wrocławiu chyba Cię nieco zaskoczyła. Wiemy, że odpoczywałeś, przyszła oferta i musiałeś się stawić w biurze KSW. Czasu do zbijania wagi jest też dużo mniej.

 

Oferta walki we Wrocławiu bardzo mnie zaskoczyła. Byłem w odwiedzinach u kolegi w Niemczech. Wiadomo, gościnność, golonka, piwko. Nagle się okazało, że jest oferta walki. Wsiadłem w auto, przyjechałem do Polski, nie wiedziałem jaką mam wagę. Zaniepokoiłem się, bo do ważenia jest osiem tygodni, a ja mam sporą nadwyżkę. Skonsultowałem to ze swoim dietetykiem i jestem pewny, że na spokojnie dojdziemy do limitu 66 kg.

 

Twój rywal, Salahdine Parnasse, chłopak, który pokazał się z doskonałej strony w debiucie dla organizacji KSW. Jak sam mówiłeś, to jedyny zawodnik, którego mogłeś oglądać na żywo podczas gali KSW w Katowicach. Jakie zrobił na Tobie wrażenie?

 

Był to jedyny pojedynek, który obserwowałem na żywo, bo był dość wcześnie w rozpisce. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Skazywałem go na porażkę, ponieważ Łukasz Rajewski to świetny stójkowicz. Francuz bardzo ładnie sobie jednak radził. Jest mańkutem, a to jego wielki atut. W stu procentach wykorzystuje odwrotną pozycję. Ma również bardzo długie ręce i nogi.

 

Cała rozmowa w załączonym materiale wideo.