Finał Pucharu Polski, jak co roku miał być wielką imprezą. Pod względem piłkarskim na pewno był. Przypomnijmy, że Legia Warszawa pokonała Arkę Gdynia. Podczas spotkania doszło jednak do kilku incydentów. Chodziło głównie o pirotechnikę, która kilkukrotnie zadymiła PGE Narodowy. Jedna z petard trafiła na boisko, inne powodowały brak widoczności i w efekcie przerywanie meczu. Najgorsze było jednak zachowanie pseudokibiców Arki, którzy strzelali rakietami w sektor kibiców Legii. Leciały one blisko miejsc zajmowanych przez najmłodszych obserwatorów meczu.

 

- Był to fantastyczny finał, ale nie rozumiem jednej rzeczy. Kibice Legii przesadzili z oprawą pirotechniczną, jednak to, co zrobiło kilkunastu kibiców z sektora Arki jest nie do pomyślenia. Nie ma mowy o żadnych rozmowach, bo nie mam pewności, czy nie siadam do stołu z ludźmi, którzy potem strzelają racami w innych. Jestem tolerancyjny, na pewne rzeczy można w życiu przymknąć oko, ale miarka się przebrała. Dobrze, że nie doszło do tragedii, przecież na trybunach były rodziny z dziećmi - powiedział w rozmowie z Przeglądem Sportowym prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej.

 

To nie pierwszy raz, kiedy kibice dają o sobie znać podczas finału na PGE Narodowym. Podczas meczu Legii z Lechem Poznań w 2016 roku było podobnie. Wtedy straty wyniosły około 100 tysięcy złotych.

 

Tuż po środowym finale zdenerwowany całą sytuacją Boniek przyznał, że związek szybko zajmie się sprawą i zgłosi ją do prokuratury. - Wydaje mi się, że konsekwencje zostaną wyciągnięte, ale to nic nie zmieni. Kibiców, którzy zachowują się w ten sposób, nie obchodzi w ogóle to, że ich klub poniesie karę. Nie wiem, jak rozwiązać problem. Na meczach reprezentacji on nie występuje. Chcieliśmy rozmawiać z kibicami klubów, ale to "jednostronna" dyskusja, więc pora powiedzieć "pas". Wywieszam białą flagę. Nie wiem, jak nie dopuścić do sytuacji, w której dziesięciu debili rozwala cały system - zakończył prezes.