Za polską reprezentacją dwa pierwsze mecze pod wodzą Vitala Heynena. Belg podczas spotkań towarzyskich z Kanadą reagował na błędy równie ostro jak na treningach w Spale, gdy zajęcia obserwowali dziennikarze. Wówczas jeszcze dodatkowo wchodził na boisko podczas wymian.

Dawid Konarski: Na pewno kładzie on nacisk na jakość, bo każda pomyłka dość wyraźnie go denerwuje i od razu jest reprymenda. Zdajemy sobie sprawę, że nie można robić błędów. Uważam, że od tego jest trener, żeby reagować. Jeśli widzi błąd, to chce od razu wyjaśnić sytuację.

Treningi pod wodzą Heynena to jednak podobno nie tylko wytykanie potknięć, ale i urozmaicone zajęcia...

Pierwszego dnia mieliśmy odbijanie piłki jednorącz w siatkę, potem nad nią, a na koniec odbicie do kosza. Ja wcześniej z takimi gierkami się nie spotkałem. Każdy był uśmiechnięty od ucha do ucha. Celowe dogrywanie piłki nogą na treningu też raczej jest niespotykane, gdzie indziej. Za sam ruch do piłki nogą większość trenerów krzyczała, że jak się da w ten sposób, to zawsze przecież można też ręką. Jeszcze przed zgrupowaniem słyszałem o trenerze Heynenie, że zna wiele różnych gierek i codziennie wprowadza coś innego, nowego.

Pan i Bartosz Kurek spotkali się z nim jeszcze w trakcie sezonu klubowego w Ankarze. Jak przebiegała rozmowa? Podobno Belg bardzo lubi zadawać wiele pytań...

Owszem, zadawał dużo pytań, ale na wiele z nich... sam odpowiadał. To naprawdę ciekawa postać. Zaczął wówczas od tego, jaką jest osobą, żebyśmy od razu to wiedzieli. Można powiedzieć, że rozmawialiśmy wówczas dwa dni, bo zaczęliśmy o godz. 22, a skończyliśmy po północy. Myślę, że z podejścia trenera wszyscy możemy być na razie zadowoleni. Ale zawsze jak przychodzi nowy szkoleniowiec, to jest euforia i entuzjazm, wszyscy rwą się do pracy. Mam nadzieję, że przyjdą też wyniki.

Wydaje się, że przy nowym selekcjonerze wszyscy mają czystą kartę, nie liczy się, kto był wcześniej tzw. pewniakiem i każdy musi dopiero zapracować na miejsce w składzie...

Na pewno Heynen ma już pomysł na drużynę. Czy na stały, wyjściowy skład? Tego pewnie jeszcze nie, bo na każdej pozycji mamy po kilku dobrych siatkarzy. Na samym ataku jest nas pięciu, a grać może tylko... Choć nie, przy tym trenerze wszystko jest możliwe, i nie zdziwiłoby mnie nawet, gdybyśmy kiedyś pojawili się w czterech atakujących w składzie meczowym. Fajnie, że rywalizacja jest duża, każdy dzięki temu podniesie swój poziom.

Ostatnio w Ziraacie Bankasi byliście klubowymi kolegami z Bartoszem Kurkiem, ale graliście na różnych pozycjach. W drużynie narodowej on wraca na atak i będzie pana konkurentem do miejsca w "szóstce". Czy w takim razie może się zmienić teraz nieco relacja – z kolegów na rywali?

Na pewno to nie nastąpi. Obaj jesteśmy na tyle doświadczeni, że każdy z nas będzie pracował dla dobra drużyny. Może się zdarzyć też tak, że obaj będziemy trenować, a więcej grać będą młodsi koledzy. Wtedy będziemy robić wszystko, by ich wspierać. Każdy z nas jest ambitny i chce grać, ale głównie pomagać drużynie. Chyba żaden z nas nie chciałby takiej sytuacji, że trener go trzyma na boisku, mimo że wszyscy inni radzą sobie lepiej.

Kurek podkreślał, że teraz trzeba przede wszystkim popracować nad poprawą wizerunku reprezentacji po nieudanych ubiegłorocznych mistrzostwach Europy. Też pan tak to odbiera?

Wiadomo, ta impreza nam nie wyszła. Od Pucharu Świata w 2015 roku, gdy po raz ostatni stanęliśmy na podium, to kolejne turnieje - igrzyska i ME - skończyły się klapą. Nie osiągnęliśmy sukcesu w postaci medalu. Ale najgorsza była chyba po prostu jakość naszej gry. Przy wyrównanej stawce można przegrać. To jest tylko sport, nie zawsze będziemy wygrywać. Ale jak będziemy przegrywać 2:3 i 14:16 w tie-breaku, to nikt nie będzie mógł nam niczego zarzucić. Sami też będziemy mogli z podniesioną głową schodzić do szatni, bo każdy będzie widział, że walczymy, staramy się, gramy dobrze, ale ktoś może być lepszy, to jest tylko siatkówka. Ale mamy taki potencjał sportowy, że jak się wszystko zgra, będziemy dobrze wyglądać fizycznie i dobrze pracować, to jesteśmy w stanie wygrać z każdym.

Heynen słynie z tego, że jest bardzo ambitny i zależy mu na wygraniu każdego meczu...

Na pewno jest to bardzo ważne, ale jak gra się dobrze, to te zwycięstwa są pewniejsze i zawodnicy się lepiej czują. W poprzednim sezonie graliśmy średnio i najpierw wygrywaliśmy, potem przegrywaliśmy, ale cały czas nie mogliśmy wejść na ten pułap, by wyjść na boisko i zmieść rywala. Zgadzam się, że zwycięstwa są bardzo ważne, ale poziom i jakość gry są równie istotne.

Rok temu odpowiedzialność za wyniki i styl gry spadła przede wszystkim na Ferdinando De Giorgiego. Siatkarze nieraz skarżyli się na rygor panujący u włoskiego szkoleniowca. Pana to jednak chyba nie zraziło, bo jesienią wraca pan pod jego skrzydła w Jastrzębskim Węglu...

Zdaję sobie sprawę, że treningi u niego nie są lekkie. Pracowałem z nim już wcześniej w klubie i wiem, jak ta współpraca wyglądała. Na kadrze jesteśmy skoszarowani i te wszystkie zasady ze wspólnymi posiłkami oraz zakazy... Byliśmy ze sobą przez całą dobę przez osiem kolejnych tygodni. A w klubie zdarzają się dwa mecze u siebie z rzędu, a wtedy przez dwa tygodnie wracamy po każdym treningu do domu, każdy zajmuje się swoimi sprawami i robi, co chce. Panuje dużo większa dowolność, to na pewno jest spora różnica. Z kadrą trenerowi De Giorgiemu nie wyszło. To była jego pierwsza praca z reprezentacją. To bardzo mądry człowiek i - gdyby nadal pracował z naszą drużyną - na pewno wyciągnąłby z tego wnioski i w tym roku pewnie by podszedł do tego inaczej. Wiem, jak się z nim pracuje w klubie i wiem, na co świadomie się piszę. On też zna mnie jako zawodnika. Mi jego metody pracy nie przeszkadzają. Póki zdrowie jest, to mogę te trzy godziny trenować.

Jesienią wróci pan po rocznej nieobecności do PlusLigi. Co o tym przesądziło? Właśnie osoba De Giorgiego? A może miał pan dość Ankary lub chciał wrócić do ojczyzny?

Zawsze robię sobie bilans plusów i minusów, ale wszystko zaczęło się od bardzo dobrej oferty finansowej, nie ma co ukrywać. Ja też nie mam już 24 lat, żeby musieć się rozbijać w jakimś średnim klubie ligi włoskiej, itp. Na początku nie myślałem, że taki transfer w ogóle dojdzie do skutku, więc nie rozważałem nawet powrotu do Polski, mimo że już w styczniu telefon dzwonił. Nawet przyjeżdżając teraz po sezonie do kraju nie wiedziałem, że to się tak skończy. Wszystko tu zagrało – trener, którego znam, projekt klubu, który w dwa lata chce zrobić drużynę walczącą w finale o tytuł mistrza kraju. W Polsce trochę już pograłem i wygrałem, więc takiego superpriorytetu, żeby tylko wrócić do ojczyzny, to nie było.

Z Turcji ma pan jakieś dobre wspomnienia?

Dużo, mimo słabego wyniku sportowego. To był mój pierwszy klub zagraniczny, wszystko było nowe. Zyskałem ogromny bagaż doświadczeń. Mimo wszystkich zawirowań w klubie starałem się skoncentrować i robić swoje jak najlepiej. Wydaje mi się, że przez dużą część sezonu mi się to udawało. Działy się różne cuda. Mieliśmy dużo kontuzji, potem zawieszenie i wyrzucenie zawodników z drużyny, próba rezygnacji trenera. Prezes, główny szef banku, który mało się znał na siatkówce, przyszedł na jeden mecz. Przegraliśmy, wtedy były wspomniane odsunięcia tych zawodników, mimo że walczyliśmy z drużyną, która po prostu zagrała dobry mecz. Taki jest sport. Nie zawsze się wygrywa, ale jeśli się jest wielkim prezesem i robi się drużynę, która ma wygrywać, to nie może ona przegrywać. Na takiej zasadzie to było. Pierwszy raz spotkałem się z taką sytuacją. Ja jestem mało doświadczony, jeśli chodzi o wyjazdy, ale Bartek też mówił, że jeszcze mu się coś takiego wcześniej nie zdarzyło. Cieszę się z tego wyjazdu, mimo że wynik sportowy był poniżej oczekiwań. Poza Pucharem CEV, bo tam dotarliśmy do finału, więc można powiedzieć, że jakiś mały sukcesik to był.

Kurek bardzo chwalił organizację w Ziraacie. Pan też był zadowolony pod tym względem?

Na pewno. Dyrektor sportowy, kiedy jeszcze pracował, to zadbał o wszystko - mieszkanie, jakie chcieliśmy, samochód służbowy, sprzęt do treningu, obsługa. W szatni mieliśmy pana, który nam wszystko prał i przynosił świeże i czyste na następny trening. Przyjeżdżaliśmy, można powiedzieć, jak piłkarze - tylko z saszetką prywatną, a wszystko czekało ułożone w kosteczkę. W Polsce jest to niespotykane. W domu też jak zepsuła się pralka, to tylko dzwoniliśmy do klubu i na drugi dzień była nowa. Jak nam się nie podobała, to też mogła być wymieniona na drugi dzień. Zachęcali nas nawet: "Jak chcecie nowe łóżko, materac, meble, to tylko powiedzcie". Każda prośba była spełniona od razu. Jak jechałem samochodem półtorej godziny przed meczem, a moja żona nie jest aż taką fanką, żeby patrzeć jak się rozciągamy, to kierowca klubowy przyjeżdżał po nią do domu i przywoził później na halę. Kiedyś złapało mnie i żonę zatrucie pokarmowe, to byliśmy w szoku, bo po telefonie do masażysty ludzie z klubu przynosili nam jedzenie i wszystkie leki. Nic nie musieliśmy robić.

Wracając jeszcze do tematu reprezentacji, najważniejsza impreza sezonu to wrześniowe mistrzostwa świata. W kadrze doszło jednak do wielu zmian w porównaniu ze składem z 2014 roku, który wywalczył złoty medal. Czy to zmienia nieco sposób patrzenia na rolę obrońcy tytułu?

Pewnie obecnie nawet nie ma połowy z tamtej "14". Tytuł jednak zdobyliśmy dla całego kraju jako jego reprezentacja. Wszyscy od lat gramy dla – można powiedzieć - tego samego klubu. Ci, co zdobywali medale 40 lat temu też - jesteśmy tą samą drużyną. Personalnie inną, ale gramy na jeden rachunek. Zobaczymy, jak będziemy się prezentować w Lidze Narodów. Wtedy sobie obierzemy jasne cele na MŚ. Oczywiście, jako na obrońcach tytułu będzie na nas presja, byśmy byli w finale. Ale wiemy, jaki jest sport. Skład mamy jednak inny. Myślę, że podejdziemy do tego rozsądnie. Każdy zdobyty na tej imprezie medal powinien wszystkich bardzo cieszyć. Ale do mistrzostw świata jeszcze daleka droga.