Zespół, który uważany jest obecnie za najlepszy w Afryce, okazał się dla słabej drużyny z Beneluksu kompletnie niegroźny. To nie były żadne lwy, ale zwykłe potulne kociaki, które nie były w stanie wbić ani jednego gola. Z trudem w ogóle dostawały się pod bramkę rywala. A do seryjnie wykonywanych stałych fragmentów gry piłkarze Aliou Cisse podchodzili jakby od niechcenia.

 

Mało tego, selekcjoner nie skorzystał ze swojej największej gwiazdy Sadio Mane. Napastnika numer jeden Moussa Sowa posadził na ławce. Świetnego pomocnika Cheikhou Kouyate przesunął do obrony.

 

Polscy piłkarze, którzy oglądali mecz w Arłamowie po kolacji, musieli spoglądać na popisy snujących się po boisku z satysfakcją i pewnie jakimś wewnętrznym przekonaniem, że to ekipa do wciągnięcia nosem i trzeba już się skupiać na następnym meczu z Kolumbią. Trudno dać wiarę, że prawdziwy Senegal to ten z meczu z Luksemburgiem czy też wcześniejszych, również zremisowanych, z Uzbekistanem i Bośnią.

 

Bardziej skłaniałbym się ku tezie, że piłkarze Cisse raczej próbują wyprowadzić nas w pole, a nie pokazać, co są warci i na co ich stać. Kamuflowanie wcale nie musi polegać na zasłanianiu boiska wysokim płotem i zamykaniu treningów, jak robi to kadra Adama Nawałki. Można po prostu wysyłać fałszywe sygnały i udawać kogoś zupełnie innego.