Ledwie pogodziliśmy się z tym, że mundial można zorganizować w środku zimy na pustyni, dopiero co machnęliśmy ręką, że po wielkie imprezy sportowe z igrzyskami olimpijskimi na czele sięgają kraje autorytarne, które z demokracją i jej poszanowaniem są na bakier, a teraz przychodzi nam zmierzyć się z kolejną nowinką, która zabija ducha mundialów, jakie znamy od dziesięcioleci. Wprawdzie to tendencja utrzymująca się od lat, by dzielić organizację imprez na dwa kraje (mistrzostwa w Korei i Japonii, czy Euro w Polsce i na Ukrainie), ale trzy to już stanowczo za dużo. I wcale nie o liczbę tu chodzi, a absurdalność tego wyboru.

 

FIFA po raz pierwszy w historii wytypowała do organizacji mundialu w 2026 r. USA, Kanadę oraz Meksyk. Za dużo, jak moje poczucie postrzegania mundialowego święta, gdzie wszystko porządek swój ma. Ten porządek to precyzyjnie wskazany gospodarz, z którego można czerpać tyleż sportowo, co kulturowo. Gospodarz, który pozwoli pamiętać mistrzostwa zapisywane faktami nie tylko piłkarskimi. Nawet, jeśli fakty te były niewygodne, przemilczane, bądź wstydliwe dla tych, którzy pewnych rzeczy widzieć nie chcieli.

 

Można wołać o to, by imprezy sportowe przyznawać tylko tym, którzy na to zasługują. Zasługują nie tylko wprawną organizacją, hulającą gospodarką, ale także poszanowaniem praw człowieka, niezgodą na represje, czy też w skrajnych przypadkach dyktaturę. To jednak głos wołającego na puszczy, a odkąd żaden z uczestników mistrzostw świata w Argentynie w 1978 r. ani jego kibiców nie pochylił się nad losem prześladowanych przez wojskową juntę i wymordowanych obywateli tego kraju, kibice na świecie umieją zrelatywizować absolutnie wszystko, wytaczając przy tym lawinę absurdalnych argumentów. Byle tylko dobrze się bawić.

 

Świata nie zmienisz – zwykł mawiać mój przyjaciel. Być może te kilka tygodni mundialu, jak i kilkanaście dni igrzysk olimpijskich, to okazja do zapomnienia o tym, co bolesne, oddania się sportowemu transowi, nawet jeśli z tyłu głowy kołacze się myśl o tym, że stajemy się narzędziem w rękach propagandy. Jakkolwiek kuriozalnie dla niektórych brzmi moja frustracja, wielki sport idzie w złą stronę coraz szybciej. Dostaje się w wir mechanizmów finansowych, staje się przedmiotem w wielkiej grze na wpływy, w której jakiekolwiek ideały to pojęcie coraz mniej znane.

 

Jeszcze raz powtórzę, nie kupuję decyzji o mundialu w trzech krajach. Bo gdyby to jeszcze miało jakieś sensowne uzasadnienie poza geograficznym rzecz jasna. Zwróćmy uwagę, jak wyglądają ostatnio relacje między USA z forsującym antyimigracyjną politykę Donaldem Trumpem wobec Meksyku. Amerykański przywódca zasłynął przecież pomysłem budowy muru na granicy. Rozumiem, że mieści się teraz w jego koncepcji wykucie w tym murze bramek, które pozwolą kibicom swobodnie się przemieszczać. Z Kanadą w obliczu awantury o cła mocarstwo Trumpa też nie ma po drodze. Zresztą i tam padają groźby wobec premiera Justin Trudeau, że ten jeszcze Trumpa popamięta…

 

Można by uznać, że FIFA pod dowództwem Gianiego Infantino chce godzić świat, może nawet doczekamy kiedyś chwili, że mistrzostwa zorganizują dwie Koree, a świat zapomni reżimowi z Północy wszystkie grzechy. Mam jednak wrażenie, że nie o wzniosłe intencje tutaj idzie, a o doraźną, dyktowaną dolarami politykę FIFA. Sorry, mnie jednak takie mundiale nie kręcą.