Polski boks olimpijski nie ma się najlepiej. Ostatni medal olimpijski wywalczył Wojciech Bartnik w 1992 roku w Barcelonie, ostatnimi finalistami mistrzostw świata byli Robert Ciba i Tomasz Borowski w 1995 roku w Berlinie. Szmat czasu, młodzi już nie pamiętają.

 

Walka Fonfary, który boksu uczył się od najlepszych warszawskich trenerów, a wcześniej pięściarzy warszawskich klubów, Gwardii i Legii, pozwoliła do tych czasów wrócić. Zaproszono tych najbardziej utytułowanych, nagrodzono medalistów wielkich światowych imprez, związanych ze stołecznym boksem.


Kiedyś Polacy z każdej wielkiej imprezy wracali z medalami. Przed wojną gwiazdą był Antoni Kolczyński, mistrz Europy z Dublina (1939), warszawiak, bokser z krwi i kości, murowany kandydat do olimpijskiego złota, a później zawodowego mistrzostwa świata. Ale przyszła wojna i marzenia, tak jak Warszawa, legły w gruzach.

 

W czasie wojny, w obozach śmierci zwycięskie walki o życie z esesmanami wygrywali Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski i Antoni Czortek związany później z Legią.

 

Po wojnie pierwszym pięściarzem warszawskiego klubu, który stanął na olimpijskim podium był legionista, Henryk Niedźwiedzki, który w dalekim Melbourne (1956) zdobył brązowy medal. Cztery lata później w Rzymie (1960) olimpijskie złoto wywalczył Kazimierz Paździor, krótko bo krótko, ale też pięściarz Legii, a srebro Tadeusz Walasek (Gwardia), choć należało mu się złoto, oraz Zbigniew Pietrzykowski, który był w Legii w okresie służby wojskowej. Pietrzykowski przegrał rzymski finał z Cassiuesem Clayem, późniejszym Muhammadem Alim.

 

Prawdziwy festiwal warszawskiego boksu miał jednak miejsce na kolejnych igrzyskach, w Tokio (1964), gdzie po złote medale sięgnęli Józef Grudzień (Legia) i Jerzy Kulej (Gwardia). Trzecie złoto wywalczył wtedy Marian Kasprzyk z BBTS Bielsko Biała. W sumie zdobyliśmy tam 7 medali, trzy złote, srebrny Artura Olecha i dwa brązowe Józefa Grzesiaka i Pietrzykowskiego.

 

W Meksyku (1968) na najwyższym stopniu podium znów stanął Kulej, a stopień niżej Grudzień, choć on też wtedy zasłużył na złoto. W Monachium (1972) górą była Legia za sprawą Jana Szczepańskiego, mistrza olimpijskiego w wadze lekkiej, Wiesława Rudkowskiego, którego sędziowie, stosunkiem głosów 2:3 uznali za pokonanego w finałowej walce z zawodnikiem gospodarzy Dieterem Kottyschem, oraz Janusza Gortata, który przegrał nieznacznie półfinałowy pojedynek z późniejszym zawodowym mistrzem świata, Mate Parlowem z Jugosławii.


Na kolejnych igrzyskach w Montrealu (1976) i Moskwie (1980) lepiej spisała się Gwardia, bo złoty medal zdobył Jerzy Rybicki (Montreal), a srebrny i brązowy w Moskwie wywalczyli Paweł Skrzecz i Rybicki. Legia odpowiedziała brązowymi medalami Gortata i Kazimierza Szczerby w Montrealu oraz Krzysztofa Kosedowskiego i Szczerby w Moskwie.

 

Janusz Gortat, późniejszy trener Andrzeja Gołoty, co warto przypomnieć, w półfinale wagi półciężkiej uległ minimalnie Leonowi Spinksowi, który dwa lata później sensacyjnie wygrał z Muhammadem Alim i został mistrzem świata wagi ciężkiej. Szczerba też przegrywał z legendami, w Montrealu z Rayem Sugarem Leonardem, a w Moskwie, i to tylko stosunkiem głosów 2:3, z Johnem Mugabim.


W Los Angeles (1984) Polaków nie było. Znaleźliśmy się w gronie tych, którzy zbojkotowali te igrzyska. Na turnieju „Przyjaźń – 84” w Hawanie, które zastąpiły nam prawdziwe igrzyska, srebrny medal zdobył Zbigniew Raubo, a brązowy Henryk Petrich (obaj Legia).

 

Również w Seulu (1988) Legia była górą, Andrzej Gołota i Petrich wywalczyli brązowe medale. Dwa pozostałe, też brązowe, padły łupem Jana Dydaka i Janusza Zarenkiewicza, pięściarzy spoza Warszawy.

 

Najbardziej smuci tylko fakt, że wciąż nie widać ich następców. Za dwa lata igrzyska w Tokio, które kojarzy się z największym w historii sukcesem polskiego boksu. Miejmy nadzieję, że na olimpijskim ringu w Japonii mimo wszystko zobaczymy Polaków, choć biorąc pod uwagę stan tej dyscypliny w naszym kraju, nie będzie to proste.