"Bez wątpienia odeszła od nas wielka dama polskiego sportu, najwybitniejszy polski sportowiec w historii, a nie jak niektórzy mówią jedna z najwybitniejszych zawodniczek" - ocenił Bruszkowski, który w trakcie kariery bronił barw m.in. Pomorzanina Toruń oraz bydgoskiej Zawiszy.

Przypomniał, że bieganie w Wunderteamie kończył w roku 1964, bo miał już swoje lata, a i konkurencja była coraz silniejsza.

"Bardziej związany byłem z mężem Ireny Szewińskiej, bo on był reporterem, a ja również na Zawiszy zajmowałem się sprawami telewizyjnymi. Przez Janusza wiedziałem, co dzieje się z Ireną. Ona była talentem absolutnym, umiała wszystko. Nie była herosem, a nad wieloma rzeczami musiała pracować bardzo intensywnie ze względu na swoją budowę anatomiczną. Wykształcenie siły mięśni nie było łatwym zadaniem" - wskazał Bruszkowski.

Dodał, że ostatni raz spotkał się z Szewińską około trzech lat temu w Wałczu, gdzie jest Ośrodek Przygotowań Olimpijskich, a odbywał się tam wówczas festiwal filmów sportowych połączony ze zjazdem biegaczy Wunderteamu.

"W tamtym czasie nie mówiło się o jej stanie zdrowia. Jej klasę i osiągnięcia do ostatnich lat podkreślały najwyższe władze MKOl" - wskazał utytułowany średniodystansowiec.

Przypomniał, że Szewińska z Bydgoszczą była związana szczególnie, bo na stadionie w tym mieście ustanowiła w 1976 roku rekord świata na 400 m - 49,75.

"Irenie szło. Osiągnęła to, co dla większości jest nieosiągalne. Była szczerozłotym talentem, lubiącym pracować. Do tego odpowiednio się prowadziła - bez fanaberii. Jako działacz sportowy także osiągnęła sukcesy" - wskazał Bruszkowski.

Szewińska, zdobywczyni siedmiu medali olimpijskich w lekkoatletyce, wiceprezes PKOl i członkini MKOl, zmarła w piątek przed północną w wieku 72 lat.

Najwybitniejsza lekkoatletka w dziejach polskiego sportu, uznana najlepszą sportsmenką globu w 1974 roku, w igrzyskach wywalczyła trzy złote, dwa srebrne i dwa brązowe medale. Była rekordzistką Polski, Europy i świata w biegach na 100, 200, 400 metrów, w skoku w dal i sztafetach.