Warto chyba spojrzeć na ten pojedynek oczami Lucasa Martina Matthysse. Po przegranej przez nokaut z Wiktorem Postołem w październiku 2015 roku wydawało się, że wszystko co najlepsze jest poza nim. Ale się podniósł, wyleczył złamany oczodół i wrócił po kilkunastu miesiącach w nowej kategorii. Nie ukrywa, że ryzykował, z Ukraińcem walczył przecież o mistrzowski pas WBC w wadze superlekkiej, a po powrocie postanowił szukać szczęścia w wyższej kategorii, półśredniej.

 

Dziś też nikt z fachowców nie ma pewności co do jego możliwości w walce z podstarzałym Mannym Pacquiao. Matthysse we wrześniu skończy 36 lat, w ostatnim, wygranym przed czasem pojedynku z Tewą Kiramem z Tajlandii mimo zwycięstwa nie zaprezentował się najlepiej. Kto wie, być może dlatego dostał propozycję walki z „Pacmanem”?

 

Filipińczyk  też nie był w najwyższej formie, gdy dwanaście miesięcy temu toczył swój ostatni, kontrowersyjnie przegrany pojedynek z Jeffem Hornem w Brisbane. Stracił wtedy pas WBO w wadze półśredniej. Teraz stawką będzie pas regularny WBA należący do Matthysse. Wcześniej był w posiadaniu Keitha Thurmana, ale ponieważ ten z powodu kontuzji od pewnego czasu nie może walczyć, sprytni włodarze tej słynącej z „produkcji” mistrzowskich pasów organizacji  przyznali mu tytuł Super, a regularny wywalczył Matthysse nokautując przeciętnego Taja.

 

Ale w tym momencie nie ma to większego znaczenia. Jeśli „El Maquina”  (Maszyna) pokona w Kuala Lumpur Manny’ego Pacquiao zapisze się złotymi zgłoskami w historii argentyńskiego boksu. Będzie bohaterem, bez względu na to co dalej z tym fantem zrobi. A Pacquiao zapewne będzie zmuszony żegnać się z ringiem. Jeśli to Filipińczyk będzie górą (stawia na niego zdecydowana większość fachowców), to zaczną się poważne dyskusje o jego walce z Wasylem Łomaczenką. Ostatnio „Pacman” zdążył się już wypowiedzieć na temat Ukraińca. Powiedział, że go bardzo ceni, podoba mu się styl jaki prezentuje, imponuje mu jego szybkość i oczywiście byłby bardzo zainteresowany konfrontacją z kimś tak znamienitym. A 86 letni Bob Arum, choć formalnie nie jest już promotorem „Pacmana”, tylko zaciera ręce, bo wie, że taka walka jest do zrobienia.

 

Na razie jednak Pacquiao musi walczyć z Matthysse, by zasilić ponoć mocno uszczuplone konto. A ponieważ ze względów podatkowych nie może tego zrobić w USA ( o czym ostatnio pisał Przemek Garczarczyk) zrodził się pomysł, by bić się z Argentyńczykiem w Malezji.

 

Lucas Matthysse twierdzi, że pierwszą propozycję, by walczyć na otwartym stadionie w samo południe odrzucił. Ale przyznaje, że gdy usłyszał, że jest szansa walczyć z Pacquiao zgodził się szybko. – Dzięki walkom z takimi jak on przechodzisz do historii. Pieniądze w tym momencie są mniej ważne – mówił Argentyńczyk w jednym z ostatnich wywiadów udzielonych rodzimym mediom. I wprawdzie jego głównym trenerem jest teraz Meksykanin Joel Diaz, to wciąż jest przy nim miejsce dla starego przyjaciela Mario Narvaeza, brata byłego mistrza świata Oscara Narvaeza.

 

Historia ich przyjaźni sięga wczesnej młodości gdy zaczęli treningi pod okiem Mario Edgardo Matthysse, ojca Lucasa, który był solidnym zawodowym bokserem. Boks w rodzinie Matthysse jest we krwi. Bokserem był dziadek, jedną wygraną walkę stoczyła matka Lucasa, Doris Steinbach (jej ojciec też walczył), starszy brat Walter Dario Matthysse , a siostra Edith Soledad,  do niedawna była zawodową mistrzynią świata wagi piórkowej. A wcześniej swojemu mężowi, Mario Narvaezowi urodziła czwórkę dzieci. By skończyć ten rodzinny temat dodam tylko, że kuzyn Lucasa, Ezeqiel Matthysse też został zawodowym pięściarzem i jest z nim w Kuala Lumpur.

 

Lucas Martin Matthysse do walki z Mannym Pacquiao przygotowywał się w Indio, w Kalifornii, a do Kuala Lumpur przyleciał dwa tygodnie temu wraz ze swym promotorem Mario Arano,  by odpowiednio zadbać o aklimatyzację i oswoić się z pogodą. Zamieszkał w pięciogwiazdkowym hotelu, zatrudnił międzynarodowego szefa kuchni i tłumacza. Mówiąc krótko zrobił wszystko, by perfekcyjnie przygotować się do życiowej próby. Co z tego wyniknie zobaczymy. Joel Diaz i sam Lucas Matthysse twierdzą, że odwrotna pozycja Pacquiao nie będzie dla niego problemem. – Całe życie sparowałem z leworęcznym Mario Narvaezem, walczyłem ze świetnymi mańkutami, Zabem Judah i Devonem Alexandrem. Ale muszę być czujny, bo styl „Pacmana” jest specyficzny i bardzo niewygodny dla rywali – opowiada Mathhysse.

 

Obaj będą mieć w swoich narożnikach przyjaciół: Lucasa będzie wspierał przyjaciel i szwagier w jednej osobie, Mario Narvaez, a „Pacmana” Buboy Fernandez, który zastąpił Freddiego Roacha. Amerykanin prowadził go w 34 walkach w ostatnich 16 latach. Czy ta zmiana wyjdzie Filipińczykowi na dobre, wkrótce się przekonamy. Postawił na rodaka i przyjaciela, który sporo nauczył się od Roacha. Ale czy faktycznie w Kuala Lumpur zobaczymy nowego Pacquiao jak obiecuje filipiński senator?

 

Lucas Martin Matthysse pracuje z Diazem już od pewnego czasu, Meksykanin ma na wszystko patrzeć chłodnym okiem, a od przyjacielskiego wsparcia są inni. No i rodzina, która podobnie jak w przypadku Manny’ego Pacquiao wpływa na Argentyńczyka wyjątkowo dobrze. Ale czy pomoże mu wygrać w Kuala Lumpur? Tego nie wie nikt, dla mnie jednak faworytem pozostaje blisko czterdziestoletni „Pacman”.