Była najlepsza w sprincie na 100 m (11,9 s), w biegu na 80 m przez płotki (11,2), na dystansie 200 m (24,4) i w sztafecie 4x100 m (47,5). Jednak gdyby nie ograniczenia regulaminowe, ta wysoka, koścista lekkoatletka mogłaby zdobyć w Londynie następne laury, bowiem była doskonała w skoku wzwyż i w dal. Dziś byłaby świetną wieloboistką.

Jej wyczynu na Wembley nie można nazwać "spacerkiem". Wspominając zmagania na bieżni Blankers-Koen opowiadała, z jakim trudem zdobyła zwłaszcza swoje trzecie złoto - na 200 m. Po zwycięstwie na 100 m, które osiągnęła dość łatwo, wyprzedzając Brytyjkę Dorothy Manley o 0,3 s, wygrała również bieg na 80 m przez płotki. Tym razem dość szczęśliwie, gdyż Brytyjka Maureen Gardner okazała się godną przeciwniczką. Obie wpadły na metę jednocześnie w czasie 11,2 s i dopiero aparatura fotofiniszowa zadecydowała o złotym medalu dla Holenderki, którą uważano za niezwyciężoną.

Tymczasem bój o trzeci złoty medal rozpoczął się od przedbiegu na 200 m, który wielokrotna mistrzyni Europy co prawda wygrała, ale po raz pierwszy w karierze nie pobiegła tak szybko jak potrafiła. To był błąd. Czas nie był imponujący, jej pewność siebie mocno ucierpiała. W rzeczywistości wpadła w całkiem głęboki dołek psychiczny.

W drodze do szatni troskliwy mąż i trener Jan Blankers usiłował przekonać ją, że nic poważnego się nie stało, że rywalki musiałyby wypruć sobie żyły, by zagrozić jej w półfinale. Przytaczał argumenty o jej przewadze fizycznej i przypomniał imponujące rekordy życiowe. Nic nie pomogło. "Fanny" była tak w złym stanie psychicznym, że nie powstrzymała się od mocnych słów, rzuciła nawet: "mam dość biegania". Uznała, że zrobiła już swoje, wygrywając dwie konkurencje. Nie pomagały słowa otuchy ze strony głównej trenerki Jo Pfann.

- Nie będę biegać więcej. Chcę się wycofać. Tak będzie lepiej także dla naszej sztafety - powiedziała. Na to mąż: "Fanny, oczywiście możesz skończyć z bieganiem, ale zapewniam cię, że będziesz żałować tej decyzji do końca życia. Możesz jeszcze wiele osiągnąć. Weź się w garść jeszcze raz. Po tym półfinale pójdziemy na dobry obiad. Potrzebujesz odmiany. Rozumiem co przeżywasz".

Wszystkie te perswazje nie przyniosły efektu aż do chwili, gdy biegaczka przypomniała sobie o rodzicach i dzieciach. Popłakała się i odczuła ulgę. Czarne myśli ją opuściły. Została tylko typowo kobieca kokieteria. Ta silna i dzielna sportsmenka spytała: - Janie, jak ja wyglądam, czy mogę pokazać się ludziom z czerwonymi oczami?

Przełamała słabość mentalną, chwile załamania i z całą energią pobiegła w półfinale 200 m, ustanawiając rekord olimpijski - 24,3 s.

Jej nastrój zmienił się tak radykalnie, że nie musiała go sobie poprawiać obiadem, obiecanym przez męża. Chciała wrócić na kwaterę i położyć się do łóżka. Jednak mąż skłonił ją do wizyty w centrum prasowym, gdzie w gronie przyjaciół posiliła się, nie odmawiając sobie lampki wina.

Gdy następnego dnia, w piątek 6 sierpnia, przybyła na Wembley, była już zupełnie inną osobą. Marzyła o jednym - wewnętrznym torze, by mogła widzieć wszystkie rywalki. Los jej sprzyjał, wylosowała właśnie ten tor. A pogoda była tego dnia paskudna - deszcz padał od kilku godzin, bieżnia była zalana w wielu miejscach. To jednak jej nie martwiło, bo w Holandii przywykła do takich warunków.

Tak opowiadała o złotym medalu, który przyszedł jej najtrudniej i był poprzedzony chwilami zwątpienia: "Wyskoczyłam z bloków startowych tak szybko, że po pięciu metrach zbliżyłam się do Australijki Shirley De La Hundy. Ona biegła na drugim torze i uważałam ją za najgroźniejszą rywalkę. Potem już nie było trudności. Gdy osiągnęłam 120. metr, już nikogo przede mną nie było. Mogłam skoncentrować się na finiszu”.

Wynik uzyskała słabszy niż w półfinale (24,4), ale to głównie wina warunków.

- Żałowałam, że bieżnia nie była sucha, ponieważ biegłam w takim nastroju, jaki zdarza się tylko kilka razy w karierze. Każdy, kto wiedział o moim załamaniu dzień wcześniej nie uwierzył, że mogłabym wygrać tę konkurencję. To była niespodzianka także dla mnie. Przeszłam takie załamanie, jakiego nie zaznałam nigdy przedtem. Ten dzień nauczył mnie, że zwycięstwo w wielkich zawodach międzynarodowych to nie tylko kwestia mocnego serca i płuc jak kowalskie miechy oraz elastycznych mięśni. Ważniejszy niż to wszystko jest stan psychiczny sportowca – analizowała Holenderka.

Blankers-Koen została multimedalistką londyńskich igrzysk, dorównując wyczynowi Jesse Owensa z ostatnich przedwojennych igrzysk w 1936 r. w Berlinie.

Powrót do kraju "Fanny" miała iście triumfalny, a królowa Juliana nadała jej tytuł szlachecki, na który 12-krotnej rekordzistka świata sumiennie zapracowało.