Co jest frapujące, to fakt, że za trudami kolarzy, ich wielkimi zmaganiami w Alpach i Pirenejach, nie idzie adekwatna rekompensata finansowa. Porównajmy to, co zarabiają kolarze z tym, co zarabiają na przykład tenisiści. Rafael Nadal za zwycięstwo w międzynarodowych mistrzostwach Francji na kortach Rolanda Garrosa zainkasował 2,2 miliona euro. Już zawodnik, który odpadnie w pierwszej rundzie turnieju, w którym bierze udział 128 tenisistów, dostaje 40 tysięcy euro.

Jak wygląda sytuacja w przypadku Tour de France? Zwycięzca trwającej trzy tygodnie i liczącej sobie 3,5 tys. km Wielkiej Pętli zarobił tylko 500 tysięcy euro. Wliczając tę sumę, Team Sky, w którym ściga się m.in. Michał Kwiatkowski, zainkasował łącznie 728 000 euro, co daje zaledwie 90 tysięcy euro na głowę. Zarobki jak widać nie są duże. Weźmy np. zespół Rafała Majki, Bora, który za piąte miejsce zainkasował zaledwie 125 900 euro. Natomiast francuski zespół Direct Energie zarobił tyle samo, co zawodnik wyeliminowany w pierwszej rundzie French Open - 40 850 euro. Trzeba naprawdę kochać ten sport, żeby poddawać się takim katuszom za takie pieniądze.

Co do poszczególnych premii, każdy zwycięzca etapu dostaje 11 tysięcy euro. Ale już premie za wielkie wspinaczki - czy to alpejskie, czy pirenejskie - nie są zbyt doceniane przez organizatorów. Rafał Majka za zwycięstwo na wspinaczce na Aspin w Pirenejach otrzymał tylko... 800 euro. Wiadomo, że ci bardziej znani zawodnicy mają bardzo dobrze kontrakty ze swoimi stajniami. Ponadto zawodnicy, którzy pokażą się z dobrej strony na Tour de France, w kolejnych wyścigach mogą liczyć na znacznie wyższe premie startowe. Ale fakt pozostaje faktem - trudny sport, a zarobki niskie.