Po sześciu rundach walki w Atlantic City, w której Rosjanin prowadził u wszystkich sędziów z Kolumbijczykiem mieszkającym w Montrealu: 2 x 59:55 i 58:56, chyba nikomu nie przyszłoby do głowy, że Kowaliow straci pas w kolejnym starciu przegrywając przez nokaut w walce z pięściarzem, który nigdy nie słynął z nokautującego uderzenia.

 

Ale o tym, że nokaut przychodzi sam, mówił mi Witalij Kliczko, gdy dziewięć lat temu odwiedziłem go w Kijowie. I tłumaczył, że najczęściej jeśli na siłę do niego dążysz, to nic z tego nie będzie. A przy okazji możesz sam dostać w głowę.


Nie mam pojęcia co na ten temat sądzi Siergiej Kowaliow uważany nie bez racji za pięściarza, który potrafi nokautować. Rosjanin w karierze zawodowej przegrał wcześniej tylko dwie walki z Andre Wardem, ale trudno na nich, z wielu względów budować wiarygodne teorie. Po pierwsze dlatego, że Ward to był mistrz wyjątkowy, a w ich pierwszym pojedynku można było spokojnie wypunktować wygraną Rosjanina, a w rewanżu sędzia trochę się pośpieszył z przerwaniem walki. Nie ukrywam, że zawsze wyżej ceniłem Warda, ale to nie oznacza że miałem złą opinię o Kowaliowie. Jeśli już, to uważałem, że zbytnio wierzy w siłę swoich ciosów i refleks, a ten jak wiadomo spada z wiekiem. A on ma już 35 lat.


Ale i tak nie sądziłem, że Alvarez może znokautować Kowaliowa. Jeśli już, to może nie dać się mu znokautować i przegrać po dobrej walce na punkty. Tymczasem tak jak w życiu, nie tylko w ringu, pycha kroczy przed upadkiem. Kowaliow był zbyt pewny siebie. Sygnały ostrzegawcze były, kilka razy dał się trafić i nie wyciągnął żadnych wniosków, a gdy Alvarez go przycelował (stare bokserskie określenie naszych mistrzów), okazało się, że ma problem z odpornością i szybkością.


I z kondycją. Kowaliow był też wolniejszy od Alvareza i jego ciosy nie robiły większego wrażenia na Kolumbijczyku, a przecież powinny, bo to Rosjanin uchodził za króla nokautu. Druga walka Warda z Kowaliowem, a po części też pierwsza, pokazała jednak ciemne strony Rosjanina. Bardzo często ci, którzy nokautują, sami są nokautowani, nie mając odpowiedniej odporności i bokserskiego zdrowia, by znów posłużyć się slangowym określeniem.


Myślę, że ta porażka może być początkiem końca Kowaliowa. Jego ostatnia wygrana z innym Rosjaninem Igorem Michałkinem w pewnym sensie już to zwiastowała. Sądzę, że w starciu z Dmitrijem Biwołem mistrzem WBA, nie miałby większych szans. 27 letni Biwoł (kolejny Rosjanin obok Artura Bietierbijewa na tronie wagi półciężkiej) wygrał na tej samej gali pewnie z Isaackiem Chilembą z Malawi, ale nie porwał widzów w nowo otwartym Hard Rock Hotel & Casino. Ale jeśli zmierzy się w unifikacyjnym pojedynku z nowym mistrzem WBO, Eleiderem Alvarezem, radzę postawić na niego.


Kolumbijczyk wreszcie ma swoje pięć minut. Od wygranej z Chilembą w 2015 roku czekał cierpliwie na walkę o pas WBC z Adonisem Stevensonem i się nie doczekał. Nic dziwnego więc, że szybko zgodził się na pojedynek z Kowaliowem.


Kathy Duva z Maint Event mówi, że w kontrakcie jest opcja rewanżu Rosjanina z Alvarezem, ale chyba za wcześnie o tym mówić. Coś mi się zdaje, że czas Kowaliowa właśnie się skończył.