Drużynowy Puchar Świata rozegrany w Lesznie na „Smoku” w 2007 roku. Nazajutrz pędziliśmy z Piotrem Żyto i Małgorzatą – moją ówczesną narzeczoną, a późniejszą małżonką, na ligowy mecz transmitowany przez Polsat w Rzeszowie. Prowadzący auto Piotr Trąbski, orędownik mini żużla, zdrzemnął się delikatnie za kółkiem, bo zapach euforii go uroczo otumanił.

 

Gdyby nie błyskawiczna reakcja siedzącego na fotelu pasażera Piotra Żyto nie byłoby czego z nas zbierać, a drzewa pod Częstochową byłyby naszym ostatnim przystankiem. Marian Maślanka – ówczesny prezes Włókniarza Częstochowa zgarnął nas z szosy, a Tomasz Jędrzejak z bratem Darkiem zawinęli z Ostrowa Wielkopolskiego przez siedzibę Włókniarza Częstochowa i zawieźli nas do Rzeszowa. „Słyszałem o próbach backflipów pod Częstochową, więc zakręciliśmy do klubu, żeby zapytać co z wami” – rzekł „Ogór”.

 

Przez całą drogę do Rzeszowa miałem wrażenie jakbyśmy poruszyli wszelakie tematy od slajsa z bekhendu Rogera Federera poprzez sekwencję Maggots i Becketts na torze Silverstone, karierę Ayrtona Senny, góry Tasmanii, a na golach Diego Maradony skończywszy. Zahaczyliśmy o strach Denisa Bergkampa przed lataniem, co przywołało nam z pamięci bezdomnego szaleńca z dworca kolejowego w Libercu.

 

„A wie pan, że ja to okrutnie boję się latać samolotami – rzekł mieszkający na zakurzonych szynach pan o uroczej opaleniźnie (bezdomni i bezrobotni są najpiękniej opaleni jak rzekłby Hrabal). Nawet byłbym skłonny wsiąść do aeroplanu, ale przeraża mnie to, że w jego konstrukcji nie ma choćby jednej belki” – to wspomnienie z czeskiej kolei żelaznej przywoływaliśmy z „Ogórem” podczas częstochowskich gal na lodzie.

 

Gala na lodzie

 

Tomasz Jędrzejak był z innego świata, bo dziś chłopcy reagują bojaźliwie, gdy promotor zaprasza ich na galę lodową. „Ogór”, podobnie jak Sławomir Drabik, lubił hokej. Czasami wdrażał hokej jako uzupełnienie przygotowań do sezonu żużlowego, ale gdy „Slammer” organizował zimowe zawody speedwaya na lodowej tafli w mieście Świętej Wieży, „Ogór” zawsze się zjawiał.

 

Bynajmniej nie po to, aby zwinąć żaglówkę pieniędzy, bo to była impreza, z której wychodziło się na zero, ale dla frajdy zimowego spotkania, gawędy i zabawy. Żużlowcy tęsknią za zapachem zawodów, nawet wtedy, gdy mróz skuje ziemię. Dzisiejszy speedway zabrania zawodnikom udziału w takich lodowych rewiach, bo szef klubu jest przerażony wizją odniesienia kontuzji przez żużlowca i wytacza armatę pt. „nie po to wykładam harmonię pieniędzy, aby chłopak mi leżał w gipsie w trakcie sezonu”.

 

Świat sportu zapętlił się wokół paragrafów, podpunktów, wymagań. Do sportu wkroczyli ludzie, którzy idealnie pasują do roli kacyków tupiących nogą i chcących, aby żużlowiec tańczył na każde skinienie. Jednocześnie, gdy zawodnik ma problemy sprzętowe czy osobiste, klub rzadko wyciąga rękę. Sięga po nowe mięso armatnie. Teoretycznie sprawdza się wiarygodność rzekomo prężnego sponsora, a w praktyce fanatyk, który dorobił się kilku groszy przekracza granice dobrego smaku i zachowuje się jak człowiek, który ma dostarczyć drobnych rzezimieszków do kolonii karnej na Ziemi Van Diemena u południowych wybrzeży Australii.

 

Tomasz Jędrzejak często podkreślał, że Polska poczyniła ogromny postęp w wielu dziedzinach wyrywając się spod komunistycznych pazurów. Zachwalał naszą gospodarność, lepsze szosy, rosnący optymizm, kreatywność. Nie dopuszczał do siebie czarnej strony naszej rzeczywistości albo zdawał się jej nie dostrzegać. Zręcznie skrywał mankamenty polskiej mentalności. Starał się nie pamiętać o niesłownych deklaracjach sponsorów, zdziwaczałych kibicach, którzy oczekiwali kompletu punktów w każdych zawodach. „Ogór” przenosił się w inną rzeczywistość, kibicował Robertowi Kubicy, Agnieszce Radwańskiej, Taddy’emu Błażusiakowi.

 

Kochał żużel bezgranicznie, uwielbiał się ścigać, ufał ludziom, pragnął pokojowych rozwiązań, ale drapieżne instynkty przypadkowych ludzi, którzy wtargnęli do sportu, rozdrapywały w Tomku głębokie rany. „Ogór” pragnął wrócić do klubu, w którym się wychował. Wahał się czy nie podpisać kontraktu w Ostrowie Wielkopolskim, ale wybrał Rzeszów.

 

Darcy Ward mógł ścigać się w Grudziądzu, lecz postawił na magię zielonogórskiego żużla. Nikt z nas nie jest prorokiem i nie wyczuje niecnych i podłych intencji promotora klubu. Życie boleśnie weryfikuje nasze marzenia, a „Ogór” jak każdy kochający tata i mąż, chciał zatroszczyć się o godne życie swoich najbliższych. Przegrał tą batalię, co skłania ku przerażającej tezie, że bezwzględni współcześni bossowie klubów sportowych za nic mają ludzie życie.

 

Zębatki, dysze, wyjścia z wirażu i czar wyścigu niewiele dla nich znaczą. Ważne, aby chełpić się na salonach i machać bezkarnie rózgą. Tomasz, lepiej ci będzie oglądać świat z perspektywy niebiańskiej sofy? Cudniej wygląda trik california roll Travisa Pastrany widziany z lepszego ze światów?