Kiedy pan pomyślał w trakcie bogatej, 21-letniej kariery koszykarskiej, okraszonej trzema złotymi medalami mistrza kraju, ośmioma tytułami wicemistrzowskimi, grą na dwóch Eurobasketach, że zostanie trenerem tej dyscypliny?

Robert Witka: Trudno dokładnie określić, ale to był chyba moment, gdy zacząłem siebie postrzegać jako zawodnika, który dużo analizuje - tak na boisku, jak i poza nim. Uświadomiłem sobie, że może to być mi pomocne w tej roli. Nie byłem może koszykarzem super wyróżniającym się, efektownym, gwiazdą zespołu. Jednak znajdowałem zatrudnienie w czołowych klubach w Polsce. Analizując swoją karierę doszedłem do wniosku, że być może moim atutem jest to, że myślę na boisku - szkoleniowcy to we mnie widzieli i chcieli mieć takiego koszykarza w składzie.

Mówi się, że trenerem jest się 24 godziny na dobę, podczas gdy zawodnik po treningu czy meczu idzie do domu, odpoczywa i niczym się nie przejmuje. Ze mną było inaczej: od kiedy zacząłem uprawiać koszykówkę, po powrocie do domu wciąż o niej myślałem: nie tylko o meczach, ale też o treningach - jak się do nich przygotować, jak rozłożyć siły w okresie przygotowawczym. W pewnym momencie doszedłem do przekonania, że chciałbym zostać szkoleniowcem. Furtkę otworzył PZKosz, organizując kurs trenerski dla zawodników z dużym stażem. Licencję zrobiłem w 2015 roku.

Znajdował pan zatrudnienie w najsilniejszych polskich klubach: Anwilu Włocławek, z którym zdobył pierwsze mistrzostwo kraju (2003), PGE Turowie Zgorzelec, z którym grał pan w Turynie w turnieju Final Eight Pucharu ULEB (2008), później mistrzowskie tytuły zdobywał z Asseco Gdynia (2011, 2012). Pracowali w nich legendarni trenerzy - Andrej Urlep, który powołał też pana do reprezentacji na Eurobasket 2007, Saso Filipovski, Tomas Pacesas. Kto miał największy wpływ na pana wybór, najbardziej wzbogacił szkoleniową wiedzę?

W koszykówce ciężko jest dziś wymyśleć coś nowego - czy to w systemie gry, czy w technice. Wiele czerpałem właśnie od tych trenerów. Trudno mi wskazać jednego, od każdego się uczyłem. Ale też, z pozycji zawodnika, uczyłem się także, czego nie robić, czego nie mówić. Starałem się wychwytywać najlepsze rzeczy, ale też dostrzegać te najgorsze. Widziałem przecież, jak zawodnicy reagowali po pewnych ćwiczeniach czy mityngach wideo, gdzie - czasami bywało - trenerzy używali złych argumentów, na które potem zawodnicy reagowali w szatni. Starałem się wszystko to sobie poukładać i unikać tych negatywnych rzeczy, a pozytywne wdrażać w życie.

Jako szkoleniowiec w meczu o punkty zadebiutuje pan od razu w rozgrywkach europejskich. 20 września Rosa spotka się z fińskim Kataja Basket w kwalifikacjach Pucharu Europy FIBA. Jako zawodnik na arenie międzynarodowej występował pan praktycznie w każdych rozgrywkach - Pucharze Koraca, Saporty, ULEB, Eurolidze, Lidze Mistrzów FIBA...

Jakoś te puchary za mną chodzą. Odkąd zacząłem regularnie grać w ekstraklasie, były chyba tylko dwa sezony, w których nie uczestniczyłem w rozgrywkach europejskich. Teraz mój oficjalny debiut też w nich wypadnie. To dodatkowa mobilizacja.

Przejął pan zespół po trenerze Wojciechu Kamińskim, szkoleniowcu znanym i cenionym w Polsce również z tego względu, że nawet z drużynami nie uważanymi za faworytów potrafił zdobywać medale, jak w przypadku Polonii Warszawa czy Rosy. To dla pana dodatkowe wyzwanie? Radomski klub w tym sezonie nie ma oszałamiającego budżetu...

Rzeczywiście, trener Kamiński miał coś takiego, że zespoły, które nie zaliczały się do faworytów, z niższym budżetem, potrafił doprowadzić do sukcesów. W mojej sytuacji nie traktuję tego w ten sposób. Gdybym objął rzeczywistą drużynę po trenerze Kamińskim, gdyby ubiegłosezonowy skład został, powiedzmy, w 80 procentach, to oczywiście byłoby nieuniknione zmierzenie się z tymi porównaniami. W obecnym składzie Rosy tak naprawdę pozostało niewielu zawodników z poprzedniego sezonu. Pierwsza piątka prawdopodobnie będzie zupełnie inna niż dotychczas. Więc raczej do tego tak nie podchodzę. Na pewno trener Kamiński pozostawił po sobie w Radomiu sukcesy, dobrą pamięć i sympatię.

Jak przebiegały pierwsze zajęcia nowego trenera z nowym zespołem Rosy?

To było dla mnie coś bardzo, bardzo nowego. Trzeba sobie zdać sprawę, że nigdy wcześniej nie prowadziłem treningu, na żadnym szczeblu. Było to dla mnie, cały czas zresztą jest, duże wyzwanie. Nie ukrywam, że w trakcie pierwszych zajęć miałem sporą tremę. Wciąż ją mam, ale z treningu na trening czuję się coraz bardziej swobodnie.

Jakie szanse widzi pan przed zespołem Rosy w rywalizacji z Kataja Basket, a potem w rozgrywkach ligowych?

Ciężko jest dziś mówić o naszych szansach. Tym bardziej, że Finowie nie mają jeszcze skompletowanego składu. My też jesteśmy dopiero po kilku dniach treningowych. Zobaczymy. Na razie jestem zadowolony z tego, jak drużyna pracuje i z wyborów, których dokonaliśmy. Trenujemy w pełnym składzie. Nalegałem, żebyśmy od początku pracowali w komplecie i tak się stało. Wszyscy zawodnicy są gotowi i bardzo dobrze przygotowani fizycznie. Myślę, że jak na nasze możliwości skład jest optymalny. Jak zawsze, wszystko zweryfikuje boisko. Ale wiemy, w jakich warunkach funkcjonujemy, wiemy, na jaką drużynę możemy sobie pozwolić i taką staraliśmy się zbudować.