Moim zdaniem to błąd, bo temat niepotrzebnie znalazł się na tapecie tak, jakby kadra nie miała innych problemów niż relacje prywatne skrzydłowego ze swoim wujkiem. Zwłaszcza, że aż kłuje w oczy kontekst, czyli Jakub Błaszczykowski, który zawalił mundial i nie ma miejsca w klubie, jednak dostał powołanie, a jego vis-a-vis Kamil Grosicki przeciwnie. Gdzie tutaj sprawiedliwość, skoro spośród dwóch zasłużonych dla kadry graczy, którzy znaleźli się na zakręcie, tylko jednemu podaje się rękę. Na chłopski rozum, odpowiedź jest oczywista. Grosicki nie jest z rodziny. Zgrzyt jest i nie ma co gadać. Ale zostawmy to, dajmy Jerzemu Brzęczkowi choć chwilę, niech działa.

 

Fakt, że wpuszcza do tej mętnej wody tak wiele świeżej krwi i chce postawić na zawodników do tej pory nieoczywistych, jest czymś bardzo pozytywnym. Trzeba bowiem pamiętać, po co była zmiana selekcjonera. Poprzednie rozdanie doprowadziło reprezentację do bankructwa na mundialu, który miał być dla wielu turniejem życia. To była kompromitacja i warto o tym pamiętać, oceniając ruchy personalne Brzęczka. Został wybrany, aby szukać nowych rozwiązań, a nie tylko przestawiać pionki, jak robił to w ostatnim swoim czasie Adam Nawałka. To też powinien być sygnał dla tych wielu spasionych w kadrze kotów, że nie należy im się miejsce za nazwisko.

 

Gdyby nie historia z Błaszczykowskim, można by nawet uznać, że się Brzęczkowi prawie udało.