Miłośnicy tego sportu doskonale wiedzą, że del Potro dobrze się czuje na obiektach Flushing Meadows. W 2009 roku sięgnął na nich po tytuł, a w poprzednim sezonie zatrzymał się na półfinale.

W niedzielę zawodnik z Ameryki Południowej zanotował dziewięć asów i 33 uderzenia wygrywające. W odniesieniu zwycięstwa pomógł mu też nieco Coric, który zaliczył 30 niewymuszonych błędów. W drugim secie Chorwat skorzystał z przerwy medycznej. Po niej nie był w stanie już jednak zatrzymać rozpędzonego rywala.

Obu tenisistom we znaki dawała się duża wilgotność powietrza. Argentyńczyk czerpał jednak energię od wspierających go kibiców. Wśród nich była grupa jego przyjaciół, która kilka dni wcześniej przyjechała specjalnie z jego rodzinnego miasta Tandil.

- To wariaci. Muszą wracać do Argentyny do pracy zaraz po turnieju. Mam nadzieję, że nadal będę sprawiał, iż będą mogli śpiewać wesołe piosenki - zaznaczył del Potro.

W ćwierćfinale większość osób na trybunach będzie raczej zagrzewać do walki jego rywala. Czeka go bowiem pojedynek z rozstawionym z "11" Johnem Isnerem. Reprezentant gospodarzy, który poprzednio w ćwierćfinale US Open był siedem lat temu, pokonał w niedzielę po długim spotkaniu Kanadyjczyka Milosa Raonica (25.) 3:6, 6:3, 6:4, 3:6, 6:2. Jego mecz z del Potro będzie pojedynkiem "wieżowców". Argentyńczyk ma 1,98 m wzrostu, a Amerykanin jest o 10 cm wyższy.

Isner może liczyć na wsparcie z trybun bliskich, ale nie ma wśród nich jego żony Maddie. Ta przebywa w domu, bowiem para w najbliższych tygodniach spodziewa się przyjścia na świat swojego pierwszego dziecka.

- Mam ustawiony dzwonek w telefonie głośno i trzymam cały czas komórkę w torbie, bo to z pewnością teraz najważniejsza sprawa w moim życiu. Ważniejsza niż ten turniej. Ale dopóki dziecko siedzi jeszcze w brzuchu, to zostanę tutaj - zaznaczył.

Obok del Potro tylko występujący z "dwójką" Szwajcar Roger Federer awansował do ćwierćfinału w Nowym Jorku bez straty seta.

- To ważne ze względu na ciało, nogi i kondycję - podkreślił Argentyńczyk.